28.09.2013

Chorwacka bonanza - cz. 3

Mija godzina, a ja dalej macham kartką z napisem "Novalja". Słońce praży niemiłosiernie. Nawet przejechał samochód z blachami mojej rodzinnej Zielonej Góry, ale kierowca nawet nie zwrócił na mnie uwagi. Po 1,5h w końcu zatrzymało się jakieś auto. Podchodzę, a tam bagażnik zapełniony po sufit, z przodu siedzi facet i jego na oko 10 - letni syn, z tyłu niemowlę w foteliku i żona kierowcy.
- "Przepraszam , zmieszczę się?"
-  "Jasne! Dawaj! Tylko plecak weź na kolana".
No jakoś się zmieściłem, więc w drogę! Rodzinka pochodziła ze Słowenii i jechali sobie na tygodniowy biwak. Szybko okazało się, że głowa rodziny musiała być niezłym ziółkiem za młodu. Jedna ręka cała w tatuażach i dość duża bezpośredniość w rozmowie:
- "A co ty tak sam jeździsz? Żadnej dziewczyny, czy `cipki`ze sobą ? hehe"
- "Żadnej. Podróżuje sam."
- "W sumie racja. Dziewczyna może siedzieć w domu przy garach, a ty se możesz podróżować po Chorwacji hehe".
Żona śmiała się głośniej niż on. Na trasie okazało się, że jadą na kamping 7km przed Novalją, ale podwiozą mnie tam gdzie chciałem! Dzięki! Po drodze mijaliśmy wjazd na moją docelową imprezową plażę Zrce. Kierowca do mnie:
- "O tu jest dobra imprezownia. Coś w sam raz dla młodych jak ty"
- "Wiem. Właśnie tu mam plan się pojawić"
- "Bardzo dobrze. Ja już za stary jestem na takie rzeczy, ale tu rośnie mój następca hehe" i poczochrał czuprynę syna. Bardzo pozytywna rodzinka. Wysadzili mnie w samym centrum miasteczka.
Od razu rzuciło mi się w oczy, że Novalja to już typowo turystyczna miejscowość - coś prawie jak nasze polskie Rewale, czy inne Ustki. Pełno turystów i straganiarskiej tandety. Szybko udało mi się znaleźć bardzo fajny hostel Providence, gdzie przywitała mnie uśmiechnięta Sara. Szybki prysznic i postanowiłem zrobić krótki rekonesans na plaży Zrce przed wieczornym szaleństem. Sara powiedziała, że jedzie tam bus za 15 kun (8,5zł), co było dość drogą ceną za 5 - minutową jazdę. Postanowiłem się przejść, co było strzałem w dziesiątkę - 30 minut spacerkiem wśród fajnych widoków.
Zrce Beach - zwana Chorwacką Ibizą. Wielka ogromna plaża ciągnąca się przez ok 1km. Jedyne co się na niej znajduję to 5 klubów (w tym jeden na wodzie - niestety remontowany przed sezonem), szkoła/tor/wyciąg dla surferów, 1 knajpa i wszelkiego rodzaju wypożyczalnie, szkoły nurkowania, bungee itp. Słowem wszystko to, co potrzebne młodemu człowiekowi do relaksu i zabawy.

Zrce Beach

Wejście na plażę jest darmowe, ale ceny są dość wysokie. Na początek przeszedłem się tylko, wypiłem piwko na dachu szkoły surferów i wróciłem do Novalji. Miałem czas do wieczornych harców, więc nie było innej opcji jak dać nura do wody. I w tym temacie w Novalji jest bieda, bo nie ma typowej plaży - ciągnie się tylko wąski pas wybrzeża, gdzie można poleżeć na kamieniach, a w wodzie jest jeszcze więcej kamieni. Jednak wybrzydzać nie miałem zamiaru i po chwili cieszyłem się w słońcu wspaniale ciepłą wodą.
Ok, połowa wyjazdu za mną - odpocząłem sobie jak nigdy, ale czas na techniczny balet! Ubrałem najlepszą flanelę, kant wyprasowany, wypsikany Bondem zszedłem do hostelowego pokoju dziennego w celu małego befora z innymi pensjonariuszami. Napotkałem tam grupę Brytyjczyków. Po jednym piwie postanowiłem się ewakuować ponieważ poziom inteligencji tej bandy bił na głowę nawet naszą polską gimbazę. Tym razem chciałem wziąć busa do Zrce, ale mi nawiał, a że następny za 30 min, to znowu się przeszedłem. Już z daleka dało się słyszeć dudnienie z klubów. Pierwszy po wejściu kusił promocją - shot wódki za 10 kun, co było taniochą jak na tę plażę. Promocja promocją, ale w klubie drętwo, więc ruszyłem do najsłynniejszego - Papai.W środku małe baseny, loże bez ścian z powiewającymi zasłonami, DJ na wielkiej scenie grający moją muzę, piękne kobiety - yeah time to party hard! Minusem cena za shota - 21 kun. Dlatego co jakiś czas odwiedzałem barmana na szocika za 10. Za 3 razem lał mi już w szkło, potem 2 razy postawił, a o 5 rano to już był pełen szacunku i podał mi rękę ;) Gruba impreza w 3 klubach trwała do 6 rano. Wróciłem z bananem na twarzy do hostelu, gdzie dowiedziałem się, że do mojego pokoju doszło dwóch Hiszpanów, którzy już spali. Ich poznanie miało zmienić mój bieg podróży, ale o tym za chwilę. Położyłem się spać z przekonaniem, że najlepsze party wyjazdu za mną. Oj jak się myliłem :)

Taki parkiet to ja rozumiem.

Wstałem o 12 - moi nowi współlokatorzy już nie spali. Poznajcie Andresa i Rubena. Na dzień dobry dostałem piwo do ręki, hmm myślę, że się dogadamy. Ugadaliśmy się na wieczorny wypad na miasto, tymczasem zjadłem dość późne śniadanie i udałem się z powrotem na Zrce w celach już typowo plażowych - wziąłem tylko ręcznik, suche gatki i kilka kun do kieszeni. Piękna pogoda, cudowna woda, plażing pełną gębą. Kiedy nagle ok 16 z klubu Aquarius, który dzień wcześniej był zamknięty, zaczęła lecieć głośna muza. Na podwyższenie wskoczył łysy koleś z mikrofonem ubrany w niebieskie gacie, koszulkę i pelerynę Supermena i zaczął nawoływać na imprezę. Poszedłem zobaczyć z ciekawości i... zostałem do 22. To była jedna z NAJLEPSZYCH imprez na jakich byłem. Zamiast parkietu basen z rurą po środku, hostessy z pistoletami na wodę wypełnionymi wódką, fontanna piany i wszędzie dookoła szalejący młodzi ludzie. O takiej imprezie na basenie zawsze marzyłem i w końcu się na takiej znalazłem! Takie momenty w życiu są najlepsze - kiedy zupełnie nieoczekiwanie przytrafia ci się coś fantastycznego, coś co zawsze chciałeś zrobić! Z podjarania, kiedy wracając przeglądałem zdjęcia, o mało nie nadepnąłem na... węża.


Wróciłem padnięty i głodny do hostelu, ale z jeszcze większym bananem na twarzy niż dzień wcześniej. Ale nie było czasu na odpoczynek - Hiszpanie już czekali. Na tę okazję wyjąłem butelkę wódki Pan Tadeusz z wesela mojego brata, która cierpliwie czekała przez cały tydzień w plecaku. Zarówno Hiszpanie, jak i inni poczęstowani hostelowicze zgodnie stwierdzili, że tak dobrej wódki jeszcze nie pili. No cóż, sprzeczać się nie miałem zamiaru. Ok 2 poczułem znużenie dość intensywnym weekendem. Hiszpanie jeszcze pojechali na Zrce, ja natomiast prosto do wyra, bo dzień później chciałem popłynąć sobie promem do Rijeki.

Andres i Ruben.

Wstałem rano, Hiszpanie spali, a obok ich łóżek stały butelki po koktajlach z... wyrwanymi z ziemią kwiatami z klombów. Romantycy. Kiedy już pakowałem się, aby zdążyć na prom do Rijeki, od słowa do słowa z chłopakami doszliśmy do tego, że mają wynajęte auto i jadą właśnie do Splitu przez...Zadar. Czyli tam, gdzie chciałem trafić od początku! Szybka decyzja i jadę z nimi ! Po drodzę postanowiliśmy zatrzymać się jeszcze w jakiejś małej miejscowości, aby zażyć słońca i wody. Padło na Mandre - małą, cichą mieścinkę z pięknymi pustymi plażami. Czysty relaks. W drodze do Zadaru przeżyłem lekki szok jak jeden z Hiszpanów częstował drugiego piwem, gdzie częstowany był kierowcą, ale udało się dojechać.

Mandre

I tak oto drodzy czytelnicy po 8 dniach w drodze znalazłem się w mieście, gdzie według pierwotnego planu chciałem znaleźć się po 3 dniach. Czyż nie jest to piękno podróżowania? :) Chłopaki, mimo że nie mieli pierwotnie wjeżdżać w miasto podwieźli mnie pod same drzwi hostelu "Pijana małpa". Pożegnaliśmy się i tak oto zaczął się ostatni etap mojej bonanzy, o którym przeczytacie w kolejnym, ostatnim już wpisie z mojej wyprawy.

PS. No i trochę więcej fotek na koniec :)

Novalja










Zrce





Papaya za dnia



Aquarius














Poimprezowy wąż



Mandre





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz