26.02.2014

Słowenia - wybrzeże godne zobaczenia

Kiedy ktoś rzuci hasło "Wybierzmy się na słoneczne bałkańskie wybrzeże!" to pierwsze co nam przychodzi do głowy to Chorwacja. Wybór dość oczywisty i uzasadniony. Ewentualnie na myśl przychodzi też Czarnogóra, jakiś zapaleniec zaproponuje Albanię. Ja jednak krzyknę w tym momencie "Słowenia!". Zdziwieni? W kwietniu 2008 z grupą znajomych mieliśmy zaplanowany wyjazd na zjazd organizacji studenckiej do stolicy kraju Ljubljany. Z lekcji geografii każdy wiedział, że Słowenia ma mały dostęp do morza, ale wtedy przyjrzeliśmy się temu bliżej i podjęliśmy jednogłośną decyzję - 4 dni przed zjazdem spędzimy sobie nad słoweńskim morzem! Był to strzał w dziesiątkę! Zapraszam Was drodzy czytelnicy do podróży po słoweńskim wybrzeżu. Stopem :)

Dojazd

W roku 2008 jeszcze żadna tania linia lotnicza do Słowenii nie latała, więc trzeba było kombinować autokarem. Udało nam się znaleźć połączenie Wrocław - Ljubljana w dwie strony za 450zł, co wtedy było niezłą ceną. Dziś na pewno da się dojechać dużo taniej. Wyjazd o 4.50 rano był dość traumatycznym przeżyciem, bo do Wrocka przyjechaliśmy dzień wcześniej odwiedzić brata. Jeden kumpel był nawet na kawalerskim. Podróż trwała ok 16h, ale zleciała mi szybko, bo dorwałem wtedy książkową nowość - "Gringo" Cejrowskiego. Jazdę umilała nam też paniusia w sukience w panterkę, która opowiadała nam historię swojego życia jak to rzuciła męża i jedzie właśnie do swego kochanka do Włoch. Autokar oczywiście wysadził nas na jakimś parkingu pod hipermarketem. Dwie koleżanki z naszej ekipy umówione były na nocleg u znajomej Słowenki, która resztę paczki podwiozła grzecznościowo pod dworzec kolejowy. Była godzina 23.30. Naszym celem była nadmorska miejscowość Koper. Pierwszy pociąg odjeżdżał o 5.50. Dworzec otwierano o 5.00. Ok, jakoś trzeba przepękać te kilka godzin. Zaburczało nam w brzuchach, więc udaliśmy się na przeciwko dworca do knajpki z wielkim napisem "BUREK".  Burek był czymś na kształt tortilli - ja wziąłem z serem i był ohydny, bleee. O godz. 1 knajpa się zamykała. Wpadliśmy na genialny pomysł wyciągnięcia śpiworów i rozłożenia się na stopniach dworca. Pizgało nieziemsko, a my niczym nie różniliśmy się od dworcowych żuli. Udało się wytrzymać jakoś do 5, kiedy otwarto cieplutki, ogrzewany dworzec.

Euro - żule


Koper

Koper, znany też jako Capodistria, jest największym miasteczkiem na wybrzeżu z jedynym, dość potężnym, portem, jaki posiada Słowenia. Najlepiej dostać się tam pociągiem. Bilet kosztuje ok 10€, ale warto! Pociąg na początku jedzie sobie równinami, ale tuż przed wybrzeżem wjeżdża w góry. Co za widoki!!!! Serpentyny, tunele itp. W pewnym momencie widzimy majaczące hen daleko miasteczko - to własnie cel naszej podróży. Ponad to wiozący nas szynobus miał duże panoramiczne szyby od podłogi do sufitu, aby podziwiane widoki wywierały jak największe wrażenie. Po ok 3h jazdy byliśmy na miejscu. Wcześniej zabukowaliśmy sobie tani hostel (link - dziś jako motel), który na zdjęciach wyglądał fantastycznie i kosztował tylko 10€ ze śniadaniem. Na miejscu okazało się, że hostel, owszem, jest taki jak na zdjęciach. Czego zdjęcia nie pokazywały to wjazdu do portu dla ciężarówek po prawej, tyłów wielkiego hipermarketu budowlanego na przeciwko i betonowego pustego parkingu po lewej. Hałas niesamowity. Na szczęście w pokojach nie było tak źle. Szybki prysznic i pora rozpocząć właściwe zwiedzanie.

Carnajevska ulica


Koper przywitał nas typowo śródziemnomorską zabudową jak widzicie powyżej. Z hostelu doszliśmy dość szybko ul. Anakarską i Carnajevską do głównego placu Titov trg (Piazza Tito), gdzie mieści się Katedra Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny oraz były Pałac Pretorów. Od tego placu najlepiej zacząć zwiedzanie, gdyż odchodzą od niego urokliwe wąskie uliczki pełne kawiarni, starych urokliwych domów - czujemy się bardziej jak we Włoszech (w mieście język włoski jest drugim językiem urzędowym). Tymi uliczkami dochodzimy do wybrzeża, gdzie akurat stacjonowały dwa niszczyciele NATO. Robiły wrażenie. Trafiliśmy do pustego o tej porze roku miejskiego kąpieliska z małym parkiem i kamienistą plażą, gdzie można się zrelaksować, wypić piwko, zjeść dobre lody i poobserwować wypływające z portu statki. Później wieczorem wróciliśmy w to samo miejsce, bo świetnie nadaje się na oglądanie zachodu słońca. Przy głównej części wybrzeża znajdują się też liczne knajpki, reda dla jachtów i mała promenada, którą dochodzimy do świetnie zachowanej byłej bramy miejskiej z czasów rzymskich. Bramą wracamy do labiryntu urokliwych uliczek (jedną z najładniejszych jest ul. Kidriceva), którymi udajemy się z powrotem do hostelu, aby przy butelce znakomitej Borovicki ustalić plan na kolejne dni.

Była brama miejska

ul. Kidriceva


Izola

Naszym pierwszym celem było oddalone o 10 km liczące sobie 15 tyś mieszkańców miasteczko Izola. Zaczęliśmy kombinować jak najlepiej i najtaniej się tam dostać. Ktoś rzucił hasło - "Jedźmy na stopa!". Chwilę później byliśmy już podzieleni na 4 dwójki i gotowi do wyścigu "Kto pierwszy dotrze do..." . Moim współstopowiczem została Agata. Z tyłu hipermarketu "pożyczyliśmy" kilka kartonów, wymalowaliśmy na nich "Izola" i ruszyliśmy na trasę. Była przepiękna pogoda, więc w drogę! Nie mieliśmy zielonego pojęcia, czy Słoweńcy chętnie biorą autostopowiczów, ale naszą podwózkę z Agatą złapaliśmy w 5 minut! Wzięło nas dwóch młodych chłopaków rozklekotanym vanem. Nic nie kumali po angielsku, ale domyśleliśmy się widząc stos krat piwa, że jadą na grubą imprezę. Drogą do Izoli jest niesamowita - prowadzi cały czas przy samym morzu - od niego oddziela nas tylko kamienny murek.

Widok z okna auta jadąc do Izoli


W ustalonym wcześniej punkcie zbornym stawiliśmy się z Agatą jako pierwsi. Zwycięstwo! Czekając na pozostałych pokrążyliśmy dookoła chłonąc niesamowity klimat miasteczka. Izola jest przepiękna! Jest malownicza, cicha, wręcz melancholijna. Reszta ekipy dołączyła w krótkich odstępach czasu, podzieliliśmy się wrażeniami ze stopowania (jedną parę podwiozła para alfonsów swoim Pimp Wagen) i daliśmy nura w wąskie uliczki. Miejscem centralnym Izoli jest Katedra Św. Maura na placu o tej samej nazwie. Katedrę można zwiedzać, ale wtedy była zamknięta. Mijając babuleńki zażywające słońca doszliśmy do wspaniałego Pałacu Besenghi degli Ughi z XVIII wieku należącego kiedyś do bogatej rodziny Besenghi, a dziś służący za miejsce ślubów.

Pałac Besenghi degli Ughi. Niestety wąskie uliczki nie pozwalały złapać całego budynku w obiektyw


Sam "czubek" Izoli zajmuje wyłącznie park i kamieniste plaże. Zażyliśmy sobie na pomoście słonecznej kąpieli relaksując się na całego (jedna z koleżanek zaliczyła też kąpiel wodną bohatersko wyławiając okulary kumpla, które spadły z pomostu). My nie Stachurski i po pewnym czasie zaczęło nam burczeć w brzuchach. Promenadą doszliśmy do części wybrzeża z knajpami. Nie polecam, Drogo i pod turystę. Postanowiliśmy poszukać knajpy, gdzie jedzą miejscowi i na takową trafiliśmy. Wystarczy minąć wszystkie na wybrzeżu i wejść trochę w miasteczko. Za 5.50€ dostałem rosół z krewetek, rybę w smażonych wodorostach i ziemniakach oraz tiramisu. Niebo w gębie! Furorę robił włoski dystyngowany dziadziuś w dresie, który przyjechał na obiad starym zabytkowym autem i darł się na każdego kto podchodził zrobić sobie zdjęcie z autem. I właśnie kiedy tak siedziałem sobie najedzony w słonku z piwkiem w ręku dopadł mnie mój ulubiony podróżniczy błogostan!

Włoski dziadziuś w swoim limo


Trochę się w tej knajpie zasiedzieliśmy. Nieopodal w morzę wychodził na ponad 200 metrów kamienny falochron. Z 3 kumplami bez zastanowienia udaliśmy się na jego czubek. Potem zdążyliśmy jeszcze zobaczyć okazałą marinę z luksusowymi jachtami i trzeba było pożegnać Izolę. I znowu zawody na stopa! Tym razem podrzuciło nas starsze niemieckie małżeństwo swoim klasycznym do bólu niemieckim mercem. Kiedy już wszyscy zajechali na hostel ustaliliśmy, że następnego dnia atakujemy na stopa włoski Triestr, który jest rzut kamieniem od Kopru. Tą wyprawę drogi czytelniku opiszę w osobnej notce,bo to miasto jest tego warte :) Wróciliśmy późnym wieczorem i wyznaczyliśmy nasz kolejny cel - Piran. Ponad to męska część ekipy była już zdeterminowana żeby w końcu zażyć kąpieli w morzu, bo pogoda była świetna, a i woda w miarę ciepła mimo kwietnia. No to jeszcze nakręciliśmy mały filmik z Borovicką w roli głównej i spać. 

Piran

Wstajemy rano, patrzymy za okno, a tam...deszcz ^#$^#$%&!*%^! Akurat w dzień, gdzie jedziemy do jednego z najpiękniejszych miasteczek Słowenii, w dzień, kiedy chcieliśmy się wykąpać w morzu. Nic to, kichać na deszcz. Chwilę potem staliśmy na wylocie machając kartonami z napisem "Piran". Łapanie szło opornie, bo Piran leży na samym cyplu i dalej już nie ma żadnej drogi. Na szczęście zatrzymała się jakaś kobieta, która zgarnęła mnie z Agatą i później jeszcze jedną dwójkę z ekipy. Okazało się, że pracowała z Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i jechała odwiedzić rodzinę w Piranie. Połowę trasy jedzie się wybrzeżem, by potem wjechać w lekkie góry. Punktem zbornym ekipy było serce Piranu - Plac Giuseppe Tartiniego, słynnego skrzypka, którego posąg stoi w centralnej części placu. Znajdziemy tam również jego dom w kolorze czerwonym - jest to jedna z najstarszych budowli w mieście. Nie mogliśmy doczekać się jednej dwójki, więc ruszyliśmy ordynarnie zwiedzać bez nich :)

Plac i posąg Giuseppe Tartiniego


Z placu wspinamy się wąską ulicą do kościoła Św. Jerzego z wysoką na 47 metrów dzwonnicą, na którą można wejść - niestety była zamknięta. Ale nic straconego. Wystarczy trochę wysiłku i brukowaną ul. IX Korpusu można podejść na okazałe mury miejskie górujące na Piranem. Kiedy tak się wspinaliśmy z naprzeciwka wyłoniła się schodząca brakująca dwójka z naszej ekipy. Nie mieli pojęcia jak tu trafili, bo ich kierowca wyrzucił ich gdzieś pod Piranem. Mury miejskie z czasów dawnych to punkt obowiązkowy. Można na nie wejść bez żadnych przeszkód i rozciąga się z nich NIE-SA-MO-WI-TY widok na Piran. Zresztą zobaczcie sami:

wowowowowowowowow, czyżyn `t?

Szkoda tylko, że pogoda nie dopisała. Wyobraźcie sobie ten widok w pełnym słońcu. Aż nie chciało się schodzić z murów. W końcu jednak trzeba było. bo pogoda nie rozpieszczała. Zrobiliśmy sobie rundkę wokół Piranu podziwiając wąskie uliczki,  małą latarnie na czubku cypla, czy potężny średniowieczny podziemny zbiornik wodny na Placu Privomajskim. Dla chętnych jest też małe muzeum nurkowania, ale nie skorzystaliśmy. 

W planach mieliśmy jeszcze podjechać i pozwiedzać niedalekie Portoroz, ale pogoda dała nam się we znaki. Wszyscy byli lekko przemoczeni, zziębnięci i pociągający nosem. Postanowiliśmy wracać do Kopru. Łapanie stopa szło dość opornie, ale w końcu zlitował się nad nami młody chłopak i podwiózł pod sam hostel. Wszyscy poszli szybko spać, bo następnego dnia pora było wracać do stolicy na rozpoczynający się zjazd studencki.

Dobre rady na koniec:
  • Nie jedz słoweńskiego burka z serem - weź z mięsem,
  • Ze stolicy na wybrzeże jedź pociągiem - widoki niesamowite,
  • Za bazę wypadową po wybrzeżu wybierz Koper,
  • Nie nastawiaj się na typowo plażowy klimat,
  • Omijaj knajpy "pod turystę" - znajdź taką gdzie jedzą miejscowi,
  • Daj się zgubić w plątaninie wąskich uliczek,
  • Śmiało po wybrzeżu podróżuj na stopa,
  • Słoweńcy to mega przyjaźni ludzie!

Ekipa :)


I kilka fotek więcej:

Katedra w Koprze

Koper - Pałac Pretorów

Koper - niszczyciele NATO

Koper - zachód słońca widziany z plaży miejskiej

Izola - kamienie na promenadzie
Izola - podróżniczy błogostan uchwycony w obiektyw :)
Piran - czerwony dom Tartiniego, w tle wieża kościoła Św. Jerzego

Piran

Piran - mury miejskie

Piran - latarnia na cyplu

Piran

15.02.2014

Czytamy! - Planeta według Kreta

Na początek zadanie - odpalcie Wujka Google i wklepcie frazę "Jarosław Kret". Co otrzymaliście? Przede wszystkim plotki z życia osobistego oraz co nieco o pogodzie, którą prezentuje. Coś jeszcze? Nic ciekawego? A szkoda, bo niewiele osób wiec, że Jarosław Kret to również zapalony podróżnik, który potrafi przelać opisy swoich wypraw na papier w sposób ciekawy i wciągający.

Ostatnio wpadła mi do rąk jego świetna książka "Planeta według Kreta", której opisem reaktywuje na mym blogu cykl "Czytamy!". W cyklu tym będę polecał Wam książki o tematyce podróżniczej, które ostatnio przeczytałem, i które są warte tego polecenia :) Książki, które pozwalają przenieść się do miejsca, o którym opowiada właśnie autor i podróżować razem z nim przy pomocy wyobraźni. I właśnie taką książką jest "Planeta według kreta".

Foto: empik.com

Książka liczy sobie 278 stron i składa się z 18 rozdziałów, które są ze sobą luźno, bądź wcale nie powiązane. Każdy rozdział to niesamowita podróż do innego miejsca na Ziemi. Autor zabiera nas na wyprawy od austriackich malowniczych alpejskich wiosek, przez arabski Bliski Wschód, po Malediwy, Mauritius, czy Brazylię. Telepiemy się z Jarkiem taksówkami przez Bejrut, Syrię, Egipt i Jordanie, zanurzamy się w wody Oceanu Indyjskiego, podziwiamy malowniczy Madagaskar, pijemy herbatę na skraju pustyni, zagłębiamy się w arabskie bazary. 

Jeden z rozdziałów autor poświęca sytuacji kobiet w islamie. Jednak nie znajdziemy tu jego opinii. Oddaje on głos czterem młodym studentkom pochodzącym z różnych krajów muzułmańskich, które pewnego wieczoru w Egipcie ucięły sobie na tarasie rozmowę na temat jak to z tymi kobietami w islamie jest. Autor tylko się przysłuchiwał, czasami wtrącił jakieś pytanie. A my razem z nim.

I to jest właśnie według mnie jedna z dwóch zalet tej książki. Czytając, czujemy się, jakbyśmy sami byli w miejscach, które Jarosław Kret opisuje. Jakbyśmy byli samym Jarosławem Kretem w tamtym miejscu i w tamtym czasie. Druga zaleta ma niestety trochę smutne oblicze. Autor opisywane podróże odbył na przestrzeni ostatnich lat i często miejsca, które odwiedził już nie istnieją, albo są niedostępne. Przykładem jest tu opis wizyty w ruinach starożytnej Palmyry w Syrii. Jest niesamowity - przeczytałem go kilka razy. Dziś niestety to miejsce z powodu wojny domowej jest praktycznie niedostępne, jak już nie zniszczone (oby nie!). Ale właśnie dzięki tej książce możemy mimo to się tam wybrać!

Na koniec dobra rada - nie czytajcie jej na raz, mimo że taka pokusa się pojawi. Usiądźcie sobie co wieczór, przeczytajcie sobie jeden, dwa rozdziały. No bo po co odbyć całą podróż na raz, jak można udać się co wieczór gdzie indziej :)

8.02.2014

Jak najtaniej dojechać do Rumunii i dlaczego zajęło mi to 42h

Co tu dużo mówić, Rumunia w świadomości Polaka nie jest miejscem na wymarzone wakacje. Kojarzy się bardziej z Cyganami (kompletnie błędnie i niesłusznie nazywanymi przez nas Rumunami - ale to temat na odrębny wpis), niż z miejscem atrakcyjnym turystycznie. I właśnie dlatego obrałem sobie ten kraj za jeden z moich celów :) Okazja nadarzyła się w 2012 za małe pieniądze pojechać na 2-tygodniowy objazd po północnej Rumunii z grupą młodych ludzi z całej Europy. O samym pobycie jeszcze opowiem, ale teraz skupie się na tym jak tam dojechałem. Bo podróż to była iście epicka i bez trzymanki :)

Na początkiem muszę przedstawić moich dwóch towarzyszy podróży:
Adam - wieloletni, sprawdzony w bojach kumpel, miłośnik wszystkiego, co na wschód od Polski, smakosz dobrego piwa i mistrz sarkazmu,
Mała N - małe i uśmiechnięte dziewczę, które poznaliśmy na dworcu w dniu odjazdu. Nie chciała podróżować do miejsca początkowego objazdu sama, więc zabrała się z nami. Co było aktem wielkiej odwagi - zaufać dwóm obcym gościom, których nie widziało się wcześniej na oczy.

Wyprawę z Adamem zaczęliśmy planować w myśl zasady - jak najtaniej i różnorodniej. Naszym miejscem docelowym było miasto Jasny. Chcieliśmy zamknąć się w kwocie 250zł w jedną stronę. Rzut oka na mapę i szybka decyzja - jedziemy przez Ukrainę. I tak krok po kroku, po przeczytaniu całego internetu (polecam szczególnie portal Obieżyświat, gdzie na forum można uzyskać dużo cennych informacji) i przepytaniu znajomych narodził się taki oto plan:

  1. Piątek: 21.00 - PKS do Przemyśla (60zł)
  2. Sobota: 6 rano przyjazd, dojazd do Medyki, przekroczenie granicy i załapanie busa do Lwowa.(busiki za grosze)
  3. Przyjazd ok 12, spotkanie ze znajomymi we Lwowie, złapanie nocnego pociągu do Czerniowców (ok. 40zł)
  4. Niedziela: ok 5 przyjazd do Czerniowców, złapanie o 7.10 jedynego busa do Rumunii, do Suceavy (zero info o cenie).
  5. Przyjazd ok 9 i złapanie busa do Jasny - naszego punktu docelowego (zero info o cenie).

Plan jest. No to w drogę :)

Wrocław - Lwów

Elegancko stawiliśmy się na dworcu przed czasem, poznaliśmy się z Małą N i czekaliśmy na bus. Adam dzwonił jeszcze przed wyjazdem do PKS-u, czy nie będzie problemu z miejscami. Babka solennie zapewniała, że ten kurs jest prawie zawsze pusty we Wrocławiu. Bus podjechał punktualnie, kierowca wychodzi i oznajmia: "Do Przemyśla mam 6 miejsc wolnych". I wtedy zaczęły dziać się dantejskie sceny. Momentalnie jak spod ziemi wyrosła ogromna chmara ludzi, którzy koniecznie chcieli tym kursem jechać. Krzyki, przepychanki, bluzgi itp. My sobie staliśmy z boku i już wiedzieliśmy, że tym busem nie pojedziemy. 

No i plan poszedł się cudzołożyć. Trzeba było kombinować. Postanowiliśmy sprawdzić pociągi (dworzec PKP we Wrocku jest obok dworca PKS). Do Przemyśla o 2.30 - trochę czekania. Wpadliśmy na pomysł, aby "podjechać" do Krakowa bo tam "na pewno będą jakieś inne busy do Przemyśla". Pociąg o 23.40, więc nieźle (tu muszę wyjaśnić, że PolskiBus jeszcze nie jeździł tam z Wro, a sieć tanich prywaciarzy dopiero startowała i nie mieliśmy o nich pojęcia). Kupiliśmy bilety (ok 45zł) i mając 2h czasu poszliśmy na piwo :)
Jadąc już sobie pociągiem jakoś nie mogliśmy zmrużyć oka. Przyszedł konduktor, sprawdził bilety i oznajmił, że ten skład przez remont torów jedzie do Kraków Płaszów i jak chcemy jechać na Główny to musimy przesiąść się w Mysłowicach na transport zastępczy. Świetnie... . W Mysłowicach wysiadło ok 20 ludzi z bagażami. Poszliśmy za konduktorem, a tam stoi...mały busik na 18 osób! Kolejne 1,5h jazdy spędziłem w niesamowitym ścisku i grobowej ciszy. PKP znowu nie zawiodło!

Do Krakowa dotarliśmy ok 6 rano. Przywitał nas deszcz. Poszliśmy sprawdzić busy i okazało się, że dziennie do Przemyśla jedzie tylko jeden - ten, którym mieliśmy jechać z Wrocka. Wróciliśmy na PKP i najbliższy pociąg do Przemyśla to ten, który jechał z Wrocka o 2.30. Nie było wyjścia. Dokupiliśmy "przedłużenie" biletu (10zł) i czekaliśmy 2,5h w poczekalni... . Pociąg przyjechał przed 9 nabity do niemożliwości. Na szczęście udało mi się podsłuchać, że na kolejnej stacji wysiada cały wagon jakiejś kolonii, więc pomęczyliśmy się stojąc w przejściu tylko 20 minut - potem cały przedział dla nas. W Przemyślu zameldowaliśmy się po 13. Wg pierwotnego planu o 12 mieliśmy być już we Lwowie. Na szczęście przywitało nas piękne słońce i znalazłem 5zł - dobry znak. Dobra trzeba ogarnąć transport do przejścia w Medyce. Koło dworca kotłowała się już zbieranina "biznesmanów" z busikami. Jeden oferował podwózkę prosto do Lwowa. Będąc w plecy z czasem byliśmy gotowi nagiąć budżet. Facet stwierdził, że pojedzie, jak będzie miał komplet. Poczekaliśmy trochę, a tu nagle kierowca przyprowadza 8 obcokrajowców i mówi nam "sorry, ale mam komplet do Medyki i tam jadę" i zostawił nas na lodzie. Jest dobrze... . Wtedy jak spod ziemi wyrósł nam mały, uśmiechnięty od ucha do ucha Ukrainiec Andryi w stylowych prysznicowych klapkach i dziurawym T-shircie. 
"Słyszałem, że chcecie dostać się do Lwowa. Podwiozę autem pod wskazany adres"
"Za ile?", "50zł za osobę". 
Każdy rozumny człowiek odesłał by takiego od razu z kwitkiem. Ale my byliśmy mega w plecy z czasem, było gorąco jak cholera, nie mieliśmy ochoty przebijać się pieszo przez przejście graniczne w Medyce, no i podwiózł by prosto pod mieszkanie naszej koleżanki, która już na nas czekała. Mała N miała strach w oczach, ale biedna była zdana na nas. Raz kozie śmierć - jedziemy. Andryi zaprowadził nas do swojej limuzyny - starego Opla kombi z przyklejonymi taśmą zderzakami. Zapakował nas, kazał chwile poczekać i ... znikł na 20 minut. Kiedy na naszych czołach można by już ugotować jajko, wrócił z 4 pasażerem - uśmiechniętą Ukrainką. Czy muszę dodawać, że robiło się trochę ciasno? Ruszyliśmy w końcu po 15. I wiecie co? To był strzał w dziesiątkę! Jechaliśmy sprawnie i szybko, Andryi i Ukrainka okazali się mega sympatycznymi i rozmownymi osobami. Kierowca pojechał na mniejsze sobie znane przejście graniczne, na którym staliśmy tylko 30 minut! (kto jechał na Ukrainę ten wie, że to świetny czas. Niestety nie pamiętam nazwy przejścia). No i w końcu po 17.30 zameldowaliśmy się w mieszkaniu naszej lwowskiej koleżanki Sashki.



Lwów - Jasny


Prysznic! Halleluja! Tego nam było trzeba. Pora ruszać z Sashką w miasto kupić bilety na pociąg do Czerniowców, zjeść coś i napić się piwa of course. Pierwsze zdziwienie, że zamiast na dworzec pojechaliśmy prawie do centrum miasta, gdzie w jednym z budynków były...kasy kolejowe. Bilet zakupiony na pociąg o 0.30. Z leżankami! (przypominam, że nie spaliśmy od piątku rano). Kosztował ok 50zł, więc nieźle. Pora ruszyć w miasto. Uwielbiam Lwów od mojej pierwszej wizyty, o której możecie poczytać tutaj. Spędziliśmy miło czas z Sashką, nie będę tu rozpisywał się szczegółowo, ale było dobre piwo, trabant na dachu, czy kibel wypełniony dolarami. Po krótkim relaksie pora dalej ruszać w drogę. Po północy zameldowaliśmy się na dworcu. Z przyjemnością stwierdziliśmy, że nasza podróż wróciła na tory naszego pierwotnego planu. Nasz pociąg docelowo jechał do Sewastopola i był nieziemsko długi. Na Wchodzie każdy wagon - leżanka ma swojego kierownika. Nasz wyglądał jakby dopiero co wyszedł z kolonii karnej gdzieś na Syberii - łysy, napakowany, z miną zabójcy. Wskazał nam burknięciem miejsca i potem bez słowa rzucił czystą pościel. Wagon był bezprzedziałowy - mi trafiło się miejsce przy przejściu, a nie we wnęce. No dobra, mieliśmy jechać ponad 5 godzin do Czerniowców, więc pora się coś wyspać. Haha, a gdzie tam! Mimo, że był środek nocy w wagonie panowała temperatura, przy której rekord ciepła na Saharze to pikuś. Poza tym leżąc obok przejścia, co chwilę ktoś przechodził i mnie trącał. Leżąc w samych spodenkach i lekko skwiercząc przedrzemałem może godzinkę.


Początki sauny


Do Czerniowców zajechaliśmy ok 5.50. Wzięliśmy taxi na dworzec autobusowy, gdzie o 7.10 miał jechać mistyczny bus do Rumunii. Dlaczego mistyczny? To była część naszego planu, której byliśmy najmniej pewni. O tym busie wyczytałem gdzieś na forum, że ktoś nim kiedyś jechał, nie wiadomo, czy teraz jeździ, a jeżeli już, to o której i za ile. Jednego byliśmy pewni - nic innego do Rumunii stamtąd nie jechało :) Po dotarciu na zapyziały dworzec okazało się, że taki bus jest (yeah!!) i nawet można kupić na niego bilety, co niezwłocznie uczyniliśmy (ok 130 HUA = ok. 40zł ). Po godzinnym czekaniu na dworcu w towarzystwie psa przybłędy, zajechał elegancki klimatyzowany autokar klasy LUX. Żartuję. To był typowy ukraiński rzęch pamiętający czasy pierestrojki. Podbijamy z biletami do grubego kierowcy, a ten nam na to (pamiętam jak dziś):
"Co wy mi tu pokazujecie! Bilety kupuje się u mnie, a nie w kasie. Te bilety to kasa dla Janukowycza, a nie dla mnie. Poza tym, jak nie będę miał kompletu to nigdzie nie jadę!"
Yyyyy aha. Bus na 40 miejsc. Na peronie zainteresowani przejazdem nasza 3 i jakaś babuleńka. Odjazd planowo za 10 min, a on mówi, że nie mamy biletów i brakuje 37 ludzi, żeby ruszył. Mała N prawie się załamała. I wbrew pozorom byliśmy z Adamem na taką okazję przygotowani. Znając trochę kulturę Ukrainy mieliśmy w naszych portfelach pewną ilość banknotów € i $ w niskich nominałach. Adam poszedł zagadać:
"Panie, ale my musimy dojechać do tej Suceavy. A jakbyśmy kupili bilet u Pana?"
"Nigdzie nie jadę bo nie mam kompletu"
"Mamy euro w gotówce"
chwila ciszy.. "Dobra, 10€ od głowy i jedziemy"
Oooo nagle nie czeka na komplet? Takiś cwany? No to Adam wziął 2 x 5€, zawinął szczelnie w banknot 10€ i wsunął grubasowi do ręki "To nasze 30€", a ten od razu schował do kieszeni. Pozwolono nam łaskawie wejść na pokład. Obić foteli nie powstydziło by się wziąć Muzeum Rolnictwa w Szreniawie jako przykład dobrze zachowanej ludowej kotary.  Znalazło się kilku chętnych więcej na przejazd i w końcu ruszyliśmy. Do granicy dojechaliśmy bez problemu. Strona ukraińska przepuściła szybciutko. Rumuńska już nie. Kazano wszystkich pasażerom wyjść z busa i otworzyć wszystkie bagaże. Potem uzbrojony po zęby strażnik przyszedł z psem, który obwąchał walizki i wnętrze busa. Po 20 minutach ruszyliśmy, żeby po 2 km stanąć gdzieś przy poboczu obok auta z otwartym bagażnikiem. Kierowca busa wstał, kopnął jakąś ściankę na środku busa i wyjął ze skrytki... czarną walizkę z czystym spirytusem i sprzedał gościowi z auta. Kontrabandziarz zakichany, zrobił by ten kurs nawet na pusty bus, bo miał i tak towar do opchania. Po drodze jeszcze wziął jakiś znajomych do mijanego miasteczka. Do Suceavy udało nam się dojechać krótko po 9.30.

Na dworcu doczytaliśmy, że do Jasny jedzie tylko jeden bus o 11.30. Żadnych kas, informacji itp. Za to dużo dziwnych ludzi i wałęsających się psów. Czas ciągnął się niemiłosiernie. Już z rana był upał, byliśmy głodni i niewyspani. W końcu o 11.20 zajechał mini-busik na 20 miejsce. Tylko 4 były wolne na samym tyle. Wielki, łysy i uśmiechnięty kierowca mówił o dziwo po angielsku. Załadował nasze bagaże, sprzedał bilety (24 Lei = 24 zł ) kazał wsiadać i powiedział, że zaraz wraca tylko musi coś przekąsić. Zajęło mu to 30 min i o tyle wyjechaliśmy po czasie. Od razu wiedzieliśmy czemu nikt nie siedział z tyłu. Polskie zwykłe drogi to przy rumuńskich krajówkach szerokopasmowe autostrady. Pseudo asfalt potrafił nagle się skończyć i przez kilka km był szuter. Moja głowa dotykała sufitu. Wyboi na metr kwadratowy było więcej niż pryszczy na czole gimnazjalisty. Nabiłem sobie pierdyliard guzów. Poza tym na zewnątrz było już lekko 30 stopni. Wewnątrz drugie tyle. Nie dało się ruszyć w żadnym kierunku. Pot lał się gęsto, zacząłem odczuwać odsiedziny. Busik zatrzymywał się we wszystkich wioskach. Męczarnie trwały ponad 3h, kiedy w końcu po godz. 15 dojechaliśmy do celu - miasta Jasny w Rumunii, gdzie na dworcu czekali już na nas nasi rumuńscy znajomi. Pora była zacząć rumuńską przygodę. 

Podsumowanie:

Ilość przejechanych kilometrów - 1120
Czas podróży - 42 h
Ilość godzin snu na 55 godzin nie snu - 2-3 h drzemania
Koszt: ok 259zł (minus 5zł znalezione w Przemyślu)
Wspomnienia i radocha: bezcenne

Dobre rady:

  • Na takie coś zamiast walizki weźcie plecak,
  • Nie ufajcie co wam powiedzą w PKS Przemyśl,
  • Jadąc przez Ukrainę miejcie zachodnią walutę w małych nominałach na ewentualny "bakszysz",
  • Szperajcie ile wlezie po różnych forach internetowych - tam znalazłem info o busie do Suceavy,
  • Miejcie radochę z każdego momentu wyprawy :)

Najlepiej za podsumowanie posłużą słowa Małej N. Dziewczę wiele razy podczas tej podróży było po prostu przerażone. Jechała z dwoma obcymi starszymi od niej kolesiami, na których była totalnie zdana. Nigdy wcześniej nie podróżowała w ten sposób i często w jej oczy zakradał się mały strach. Jednak później na pożegnanie powiedziała nam: "To była jedna z najfajniejszych rzeczy jakie zrobiłam i ciesze się, że się na to zdecydowałam" :)

Bo czasami warto zrezygnować z wygodnego samolotu w imię fajnej przygody!

Ekipa :)







14.01.2014

La Tomatina - wielka bitwa pomidorów od kuchni

La Tomatina - wielka bitwa na pomidory, która co roku odbywa się zawsze w ostatnią środę sierpnia w małym hiszpańskim miasteczku Bunol niedaleko Valencii. Wziąć w niej udział to było moje małe marzenie od kiedy po raz pierwszy zobaczyłem z niej zajawkę w Teleexpresie. Od tego momentu minęło ponad 15 lat, ale w końcu udało mi się dopiąć swego i w sierpniu 2013 znalazłem się w samym środku pomidorowego pandemonium. 

Przed Tomatiną.

Było leniwe kwietniowe popołudnie. Leżałem z laptopem na brzuchu i oglądałem kolejne zdjęcie kota na kwejku. Wtedy usłyszałem charakterystyczny dżingiel powiadamiający mnie, że ktoś zagadał do mnie na Fejsie. Był to mój hiszpański kumpel Pau z Valencii, którego poznałem rok wcześniej podczas wakacji w Rumunii. Pytał, czy nie chce wziąć udziału w projekcie, który robią pod koniec sierpnia. Jednym z punktów miał być udział w La Tomatinie. I wtedy poczułem się jak Newton po oberwaniu jabłkiem. Olśniło mnie. Moje durne marzenie. "Teraz albo nigdy - nie ma co odwlekać, aż się zestarzeje" pomyślałem. Pod wieczór miałem już znalezione po taniości bilety Ryanaira i zaklepany urlop w pracy. Na sam projekt Pau się nie zdecydowałem, ale bilety kupiłem tak, aby tydzień pobyczyć się na hiszpańskim wybrzeżu. 
Inna sprawa to bilety na samą La Tomatinę. Po zabukowaniu biletów lotniczych dowiedziałem się od Pau, że po raz pierwszy organizatorzy chcą ograniczyć liczbę uczestników do 20 000 i wprowadzili bilety - zwykła wejściówka po 10€. Wchodzę na stronkę, a tam "Bilety wyprzedane - nowa porcja <niedługo>" aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa. Przez 2 noce nie mogłem zmrużyć oka. Klikałem "odśwież" co kilka sekund, aż w końcu guzik "kup bilet" zrobił się aktywny i chwilę potem byłem już posiadaczem wejścióweczki. Tym razem nie mogłem zasnąć z podjarania. Stało się!! Spełnię moje durne marzenie - jadę na bitwę pomidorów!!
Teraz wystarczyło tylko przeczekać te 4 miesiące. Po drodze dołączył do mej wyprawy kumpel Wojtas. Pewnego wieczoru zaczęliśmy się zastanawiać, czy nie dokupić do biletu na bitwę pakietu usług, aby nie stresować się już niczym na miejscu. Po namyślę zdecydowaliśmy się dopłacić 45€ za pakiet, który zawierał:
- bus Valencia - Bunol - Valencia,
- opiekę przewodnika przez cały czas,
- wejście do specjalnej strefy z jedzeniem, prysznicami i imprezą po bitwie,
- oficjalny T - shirt,
- wymiana w busie biletu na specjalną opaskę wstępu, co by nie stać z tym w długaśnej kolejce,
- i najważniejsze: możliwość zostawienia naszych walizek w busie (potwierdzone mejlowo przed firmę).
Ohhh nawet sobie nie wyobrażacie jakim błędem było kupienie tego pakietu, o czym za chwilę :) 
W końcu nastał sierpień, ostatnie zakupy (gogle!), pakowanko i pora ruszać do Hiszpanii!!

Zestaw na bitwę


Dzień bitwy!

I oto ten dzień nastał  - 28 sierpnia 2013. La Tomatina miała zacząć się o 11.00. Nasz specjalny autobus C7 miał odjechać spod dworca w Valencii o 7.45 i o 8.15 być na miejscu. Spolegliwie zajechaliśmy pod dworzec o 7.15, a tam ogromny i nie do opisania...chaos! Tysiące ludzi biegających dookoła szukających swojego busa, nie panujący na niczym organizatorzy, busy podjeżdżające jak chcą bez żadnej kontroli. Numery na busach od A1-32,B1-40 itp, a C7 ani widu, ani słychu. Każdy spytany organizator mówił co innego. W końcu udało nam się znaleźć fartem nasz bus o...8.30. Przewodnik już chciał odjeżdżać. W busie przebraliśmy się w stroje bitewne, dostaliśmy koszulki i opaski wejściowe na bitwę i do strefy dla "pakietowiczów". I wtedy przewodnik dowalił nam informacją, że nie możemy zostawić walizek w busie, bo "on nie ma pojęcia jakim będziemy wracać, ale na pewno nie tym samym". No zajebiście - po to głównie zdecydowaliśmy się na pakiet, żeby nie przejmować się walizkami... . Dojechaliśmy na miejsce i kazano nam wyjść na poboczu jakiegoś ronda. Przewodnik powiedział, że teraz rozda nam numerki do depozytu (jakby nie mógł zrobić tego w autobusie). I nagle zrobiła się godzina 9.30. Poszliśmy do "specjalnej" strefy, która okazała się jednym namiotem z DJ-em i 6(sic!) toi -toiami. Oczywiście nikt nam opasek nie sprawdzał - tysiące ludzi szwendało się bez celu. Część Angoli już spała nawalona na trawie. Co jednak rzuciło się w oko to ogromna, wręcz monstrualna kolejka do czegoś. Nasz przewodnik rzucił tekstem "Ok, czekajcie tu, ja idę rozglądnąć się co i jak, bo jestem tu pierwszy raz w życiu".I tyle go widzieliśmy. Sam poszedłem zobaczyć do czego ta kolejka i sprawdziły się moje najgorsze obawy - była to kolejka do depozytu, gdzie musieliśmy zostawić nasze walizki. Za depozyt robiła dziura w ścianie do jakiegoś magazynu, gdzie za "szafki" robiły kosze na warzywa z numerkami. Od razu wiedziałem, że stojąc grzecznie w kolejce nie ma szans na wyrobienie się przed 11. Nie było wyjścia, trzeba było się po chamsku wcisnąć na łokcie gdzieś w miarę na początku. Tak zrobiliśmy. Była 9.50, a kolejka przez 30 min nawet nie drgnęła. Za to drgnęło coś innego - niebo. W 10 minut zaszło chmurami, grzmotnęło i spadła na nas ściana deszczu. Tego było dla ludzi za wiele. Zaczęły się okrzyki, przepychanki, w powietrzu zamiast pomidorów zaczęły latać gęsto "fucki". Kolejka ruszyła i udało nam się zdać zakichane walizki o 10.45! Mokrutcy pędem ruszyliśmy w miasteczko ku zamkniętej ulicy, gdzie miała rozegrać się bitwa. Czy wspominałem, że jeszcze nic tego dnia nie jadłem, bo mieliśmy w planie zjeść coś sobie na spokojnie przed bitwą?

Bitwa!

Jeszcze tylko przejść kordon policjantów i o 10.55 byliśmy na miejscu. Pojawienie się na ostatnią chwilę poskutkowało tym, że nie było szans przepchać się w środek, musieliśmy zadowolić się miejscami prawie na końcu ulicy. Czekając na przejazd pierwszej ciężarówki z amunicją, byliśmy bombardowani pomidorami i oblewani wodą przez mieszkańców z balkonów. Sama uliczka była może tylko na 8 metrów szeroka. Panował niemożliwy ścisk!! Nagle podniósł się niesamowity tumult. Pierwsza ciężarówką wjechała w tłum przystając co chwile i zrzucając na ziemię pomidorową masę. Wybuchło istne pandemonium!!!! To co wtedy się działo nie jestem w stanie w 100% opisać słowami. Mój nerw minął jak ręką odjął. Co chwilę obrywałem pomidorem po gębie, ktoś wylał mi na głowę kubeł pomidorowej brei, ja nie pozostając dłużnym celowałem w cwaniaków na ciężarówkach oraz toczyłem małą wojnę z mieszkańcami, którzy ustawili się na wąskim, zamkniętym dla uczestników, przejściu między kamienicami. W pewnym momencie dostałem nawet w twarz...kawałkiem szynki! Prawie niemożliwym było samoistne przemieszczanie się. Ruszało się z falującym i napierającym tłumem. Przez cały czas nie schodził mi z buzi wielki, przeogromny i szczery UŚMIECH!!! Chciałem krzyczeć "Życie jest piękne!!". 

Życie jest piękne!


Nie ma lepszego uczuciu niż spełnienie wieloletniego marzenia! Ulicą zaczęła płynąć czerwona rzeka, w którą co chwilę ktoś dawał nura. Szaleństwo trwało jeszcze 15 minut po przejechaniu ostatniej ciężarówki i zaczęło się uspokajać po godzinie 12. Postanowiliśmy trochę poczekać żeby bezpiecznie wyjąć telefon ze szczelnej saszetki na szyi i porobić kilka zdjęć na pobojowisku. Widok był niesamowity. Wszystko pokryte było czerwoną miazgą na 3 metry w górę - nawet kościół. Obok stał wysoki słup, na który co chwilę wspinał się jakiś śmiałek w celu ściągnięcia z czubka wielkiego baraniego udźca. I co chwilę widowiskowo spadał na ziemię. Zostaliśmy jeszcze z pół godziny zakładając, że nie ma pośpiechu, bo bus powrotny miał być o 15.00. Powoli skierowaliśmy się do "zamkniętej" strefy ku obiecanym prysznicom. Wystarczyło tylko odebrać walizki z depozytu... .

Chwilę po zadymie.
Po bitwie.

Tak, zgadliście. Do depozytu znowu wiła się ogrooomna kolejka. Tym razem musieliśmy wystać 1,5h szczękając z zimna będąc całym mokrym po ulewie i bitwie. Miazga we włosach dawno zdążyła zaschnąć. Dałem numerki gościowi, a ten przynosi mi...dwie damskie torebki. Spytałem się go: "Czy to wygląda na moją walizkę?", a jego było tylko stać na zrobienie wielkiego karpia. Kiedy w końcu dostaliśmy nasze toboły skierowaliśmy się ku obiecanym prysznicom. Było ich ok 20 dla 4768594768 tysięcy osób. Kolejka dłuższa niż do depozytu. Machnęliśmy ręką i wpadliśmy na inny pomysł. Ściągnęliśmy mokre rzeczy, wywinęliśmy na drugą stronę i mieliśmy mokre "ręczniki", którymi się wytarliśmy z pomidorowego badziewia. Oczywiście z włosami nie było tak łatwo, więc dorodne kawałki warzywa w nich pozostały. Kiedy poczuliśmy na sobie suche rzeczy i adrenalina odpuściła usłyszeliśmy głośne grzmotnięcia. Znowu burza? Nieeee, to nasze żołądki przypominały nam, że nie jedliśmy jeszcze tego dnia nic!! Była już 14.30, a bus mieliśmy o 15.00. Pobiegliśmy do jedynej garkuchni, a tam oczywiście kolejka. Na chama podeszliśmy z drugiej strony i dostaliśmy talerz gorącej strawy i zasłużony kubek sangrii. W końcu poczuliśmy się zrelaksowani. Ale, ale - trzeba jeszcze wrócić do Valencii "naszym" busem. Oczywiście kiedy przyszła pora odjazdów zapanował znowu chaos gorszy od porannego. Wszyscy wbijali się na chama do nieswoich busów. Nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, odnalazł się nasz "przewodnik". Skrzyknął fartem naszą grupę i podbił do nieoznakowanego autokaru. Kierowca twardo obstawał, że jest C3 i już i nie chciał nas wpuścić. Napisał na kartce C3, wrzucił za szybę i odjechał. 5 minut później zajechał inny autokar z oficjalnym oznaczeniem...C3!. Tego to już nie wytrzymał nasz "przewodnik" - widać, że chłopina też miał dość tego dnia. Wbił do busa, bez pytania zdarł C3, powiesił C7, kazał nam się załadować i krzyknął do kierowcy "Jedź Pan!!". O 17.30 byliśmy z powrotem w Valencii, a o 18.30 mogliśmy wziąć zbawienny gorący prysznic w mieszkaniu Pau... .

Fryzura postawiona "na pomidora"


Warto!!!

I tak właśnie moi drodzy wyglądał mój udział w słynnej La Tomatinie :) Przez nieudolność organizacyjną Hiszpanów prawie się na niej nie znalazłem. Ale suma sumarum dopiąłem swego i spełniłem swoje małe durne marzenie. Przed wyjazdem znajomi pukali się w czoło, ale ja nawet na moment nie żałowałem swojej decyzji. Było to niesamowite doświadczenie i wiecie co? Powoli rozglądam się za lotami do Hiszpanii na sierpień :)



31.10.2013

Chorwacka bonanza - cz. 4 ostatnia...

Zadar - miasto, do którego chciałem trafić od początku. W moich przedwyjazdowych planach miało być punktem, z którego miałem robić wypady do innych ciekawych miejsc. Jednak jak mogliście przeczytać w poprzednich trzech częściach różnego rodzaju przygody i sploty okoliczności sprawiały, że wciąż nie mogłem tam dotrzeć. Nawet w  pewnym momencie będąc w Novalji chciałem już porzucić Zadar na rzecz Rijeki. (Teraz już wiem, że byłby to kolosalny błąd!). Na szczęście los postawił na mej drodze dwóch Hiszpanów, dzięki którym po 8 dniach w końcu trafiłem do Zadaru!

Drogi czytelniku, tym razem, inaczej niż w moich poprzednich wpisach na blogu, nie będę trzymał się chronologii "dzień po dniu". W Zadarze spędziłem wspaniałe 4 dni wypełnione niczym nie zmąconym relaksem i wypoczynkiem. Na początku chciałem zostać tylko 2 dni i udać się jeszcze promem na jakąś wyspę, ale już po pierwszym spacerze po mieście powiedziałem sobie "chrzanić to - zostaję tu do końca" i postanowiłem zakończyć moją małą wędrówkę po Chorwacji właśnie tu. Ok, pora wypunktować, niczym rasowy bokser, najważniejsze aspekty mojego pobytu w Zadarze :)

  • Hostel
"Pijana małpa"  - taką nazwę miał hostel, w którym postanowiłem się zatrzymać. Wbiłem tam na pałę nie mając żadnej rezerwacji i to był strzał w dziesiątkę! Na recepcji powitał mnie Brad - koleś żywo zdjęty z plakatu reklamującego surfing. (Potem okazało się, że jest Australijczykiem).  Hostel prowadził Brytyjczyk z dziewczyną, która miała polskie korzenie i bez problemu mogłem z nią pogadać w ojczystej mowie. Wszędzie było widać, że ci ludzie mają pomysł na prowadzenie biznesu - z zaangażowaniem i humorem. Dostałem łóżko w TYM Pokoju, a obok był TAMTEN Pokój, inny to np. Loch, który znajdował się pod schodami. Hostel posiadał własne:
- bar z salą z projektorem. Pierwszego wieczoru oglądaliśmy z obsługą Ace Ventura: Zew Natury - odkryłem ten film na nowo ;)
- taras na dachu. Co dziennie rano jadłem sobie tam śniadanie w promieniach słońca.
- własny basen. Słuchajcie, nie było nic lepszego, niż relaks z piwkiem przy basenie w leniwe popołudnie po zejściu z plaży.
Ponad to hostel znajdował się cichej okolicy. Do centrum szło się 15 minut nabrzeżem, a do niezatłoczonych małych plaż 3 minuty. Trafiłem naprawdę świetnie! Ale hola, hola. Hostel to też ludzie z całego świata prawda? O poznanych ludziach już za chwilę :)

Idealne miejsce do relaksu, czyż nie?

Zasad w kiblu trzeba było przestrzegać!
  • Miasto
W Zadarze urzekło mnie przede wszystkim stare miasto. Jest nie-sa-mo-wi-te! Znajduję się na cyplu wbijającym się w morze i wejść do niego można praktycznie tylko przez jedną ozdobną bramę. Ja osobiście jestem fanem każdych pozostałości po starożytnej Grecji, czy Rzymie, a tych tam nie brakuję i są one świetnie zakonserwowane i wyeksponowane. No i te wąskie uliczki... Aż chce się człowiek w nich zgubić, usiąść przy stoliku cudem wciśniętej kawiarenki i delektować się zimnym piwem i próbującymi się przebić promieniami słońca. Potrafiłem tak błądzić bez końca. Właśnie w jednej z takich wciśniętych knajpek po raz pierwszy skusiłem się na zjedzenie kalmarów - niebo w gębie!
Na samym czubku cypla znajdują się też dwa cuda myśli inżynieryjnej - Organy Wodne i panel "Pozdrowienia dla Słońca". Organy to system stopni i dyszy schodzących do morza. Fale uderzające o stopnie powodują, że przez otwory w tychże stopniach wydobywa się...muzyka organowa. Im większe fale tym głośniejsza muzyka. Natomiast to drugie to ogromny okrągły panel słoneczny na ziemi, które przez dzień "zbiera" promienie słoneczne, aby po zachodzie słońca święcić tysiącem barw. Coś niesamowitego!
Co mi się również podobało w Zadarze, to to, że cała linia brzegowa jest dostępna dla ludzi. Czy to betonowa, czy kamienista, czy plaża, każdy może przyjść z kocem, poleżeć, popływać itp. Nikt nie przegania i nie krzyczy. Stare miasto w Zadarze to też parki, lodziarnie, promenady, czy lounge bary na samym czubku cypla, gdzie nie raz leżałem sobie na poduchach oglądając z piwem w ręku statki wpływające do portu. Ehh, żyć, nie umierać!

Brama do Starego Miasta.
Pozdrowienia dla Słońca.
  • Ludzie
Jak już wiecie od początku podróżowałem samotnie, jednak na mojej drodze poznawałem mniej lub bardziej ciekawe osoby. W Zadarze nie było inaczej. Już sam pobyt w hostelu mnie na to "skazywał". W moim pokoju spała m.in. piątka młodych Anglików: 3 dziewczyny i 2 kolesi. Z nimi nie nawiązałem bliższej znajomości, bo kiedy już udało mi się przebić przez ich akcent, to słuchając ich czułem, że cofam się w rozwoju do poziomu australopiteka... . Dramat... . Na szczęście w pokoju był też dwie Amerykanki: Victoria i Erin. Z nimi już normalnie szło pogadać i wyskoczyć na plażę. Podczas jednego ze śniadań na tarasie poznałem też dwie inne Amerykanki. Co ciekawe jedna z nich nazywała się Lindsey...Breslau! Jej pradziadek musiał uciec do Ameryki z Wrocławia przed nazistami. Kiedy dowiedziała się, że mieszkam we Wrocku była w małym szoku, bo nigdy wcześniej nie spotkała nikogo z miasta jej przodków. Miała do mnie napisać, żebym pomógł znaleźć dla jej dziadka rodzinny dom, ale niestety nie otrzymałem żadnej wiadomości do dziś. Szybko też zakumplowałem się z obsługą i jednego wieczoru zrobiliśmy sobie fajną imprezę na hostelowym barze, gdzie jako "swój ziom" mogłem liczyć na kilka kolejek gratis ;)
Lindsey Wrocław po lewej :)
Erin i Victoria, a za hostelowym barem Ash.
Niestety 4 dni minęły bardzo szybko i musiałem podjąć ciężką decyzję, że pora wracać do domu. Właśnie w tym momencie odbiła mi się finansową czkawką przymusowa jazda pociągiem Wiedeń-Maribor drugiego dnia bonanzy. Za cenę biletu mógłbym zostać spokojnie dzień dłużej, a tak niestety po prostu skończyły mi się fundusze na wyprawę. Oczywiście wstępnie planowałem wracać na stopa, ale w trakcie pobytu w Zadarze znalazłem przez neta gościa, który oferował przejazd autem Zadar - Wiedeń za 35€. Szybka kalkulacja i zdecydowałem się na tę opcję, żeby zatrzymać się jeszcze w Wiedniu i odwiedzić innego kumpla. I tak oto po 12 dniach nadeszła pora pożegnać się z Chorwacją. Martin był świetnym gościem i 700km i 8h później zameldowałem się w Wiedniu u starego znajomego Borniego. Okazało się, że Borni wybiera się na zebranie organizacji, której oboje byliśmy członkami. I tak oto zupełnie niespodziewanie spotkałem innych znajomych, których nie widziałem od mojej ostatniej wizyty w Wiedniu w...2008 roku. Byście zobaczyli ich miny jak wyłoniłem się zza rogu :) Właśnie takie momenty uwielbiam :). Następnego dnia PolskiBus do Katowic i 22-go czerwca byłem z powrotem w kraju. Jeszcze tylko złapać pociąg do Wrocławia. Patrzę, o! za 15 minut mam. Wbijam na peron, a tam z megafonu "Pociąg relacji Kraków - Wrocław jest opóźniony ok 50 minut. Opóźnienie może ulec zmianie". Witamy w Polsce :)

I tak oto moja chorwacka bonanza dobiegła końca. Czas chyba na jakieś podsumowanie:).

Była to moja pierwsza podróż, w którą w pełni świadomie wybrałem się sam, i podczas której moim głównym środkiem transportu był autostop. W 13 dni pokonałem ponad 2600 kilometrów. Widziałem wspaniałe miejsca, niesamowite krajobrazy, przeżyłem małe i duże przygody, poznałem świetnych i mniej fajnych ludzi, kilka rzeczy zrobiłem po raz pierwszy w życiu, imprezowałem do rana, ale i też wyspałem się za wszystkie czasy. Byłem panem swego losu, podejmowałem decyzję odnośnie mojej trasy pod wpływem chwili, jak i dłuższych przemyśleń.
Chciałem zobaczyć jak to jest podróżować samemu i mi się to udało. Jest w tym coś niesamowitego, ciężko jest mi to ubrać w słowa. Człowiek jest zdany tylko na siebie i może polegać tylko na sobie. Przez dżungle w  Amazonii ala Cejrowski to może się nie przedzierałem, ale co przeżyłem to moje :) Człowiek odkrywa jakąś nową cząstkę siebie, poznaje swoje możliwości i determinację w sytuacjach, których w życiu codziennym nie ma. Naprawdę polecam każdemu wybrać się na takową samotną wyprawę chociaż raz w życiu!
A sama Chorwacja? Przepiękna! Cudowna! Niesamowita! Krajobrazy, ludzie, pogoda, jedzenie, piwa. Nie dziwie się, że tylu Polaków ciągnie tam co roku. Ja na pewno wrócę tam nie raz :)
Dzięki Drodzy Czytelnicy, że dotrwaliście ze mną do końca mej bonanzy :) Jednak przygoda się skończyła, czas na następne. W następnym wpisie zdam pełną relację z bitwy pomidorów - La Tomatiny!!


Chcecie mieć wspaniałe wspomnienia? Żyjcie!!!!

PS. I kilka zdjęć z Zadaru na koniec. 

Morskie Organy.