26.10.2019

Mój New York! New York! cz.1

"Start spreading the news! I`m leaving today. I want to be the part of it..." Nowy Jork. Miasto, o którym nie słyszeli chyba tylko głuchoniemi. Symbol kosmopolityzmu, muza filmowa, tygiel kulturowy, kolebka artystyczna wielu nurtów. Dla wielu USA = Nowy Jork. Nie mogło być inaczej - mój miesięczny roadtrip rozpoczął się właśnie w Big Apple. I od razu spoiler na początek - Nowy Jork jest NIESAMOWITY!!!!!! A teraz przejdźmy do szczegółów :)

Polski LOT proponuje świetne połączenia z Warszawy. Mi udało się podczas promocji świątecznej dorwać bilet w dwie strony za 2000 zł. W NY spędziłem pełne 3 dni na początku i jeden w drodze powrotnej. Dzień przed wylotem zobaczyłem na fejsie, że moja koleżanka Kaśka z Wrocławia oznaczyła się, że jest w...Nowym Jorku. Szyba wiadomość i zyskaliśmy oboje kompana do szlajania się po mieście. Paradoks naszych czasów - zabiegani nie mamy kiedy spotkać się na kawę we własnym mieście, a gdzieś na drugim końcu świata to już nie problem :)

Nigdy wcześniej nie leciałem tak długo i przez Atlantyk, tak więc sama podróż do NY była fajnym przeżyciem. Na "dzień dobry" podczas odprawy dostałem info, że "wylosowano" mnie do ekstra kontroli. Oczywiście już widziałem oczami wyobraźni gumowe rękawiczki w... ale na szczęście tylko za jakimś parawanem musiałem zdjąć buty + test na obecność śladów dragów na ciuchach ;) Lot oczywiście opóźniony ok 40 min. Na pokładzie okazało się, że połowa pasażerów to ultraortodoksyjni Żydzi. Non stop łazili po pokładzie i wybierali często dość ciekawe miejsca do modlitwy np. koło drzwi do WC. Prawie 9h lotu mija dość szybko. Wylądowaliśmy na Newark kole 20.30 i tylko ostatnia przeszkoda - oficer migracyjny. Na szczęście nie trzeba wypełniać już żadnych kwitków - na lotnisku są specjalne maszyny: klikasz odpowiedzi, skanujesz paszport, robi Tobie fotkę i z wydrukiem idziesz do urzędnika. Ten tylko zapytał ile będę w Stanach, pieczątka na półroczny pobyt i Welcome USA! Wszystko może trwało 20 min. Niestety chyba trzepali moją walizkę, bo wyjechała ostatnia długo po innych i zanim wszedłem na hale przylotów minęło 1,5h. Z Newark do NY jedzie kolejka za 5$(terminal-peron) + 12,5$(peron-NY) do samego centrum Manhattanu i trwa to razem ok 45 min. Wysiadłem na Penn Station, wskoczyłem na ruchome schody wprost na ulice i...


BENG! Na to chyba nikt nie jest przygotowany jak pierwszy raz stawia stopę w Nowym Jorku. Od razu walą cie z liścia OGROMNE budynki, żółte taksówki, syreny policyjne - jedno wielkie tętniące życiem miasto. Stałem i uśmiechałem się do siebie jak głupi. Szybko złapałem yellow cab do noclegowni. Oczywiście kierowca o korzeniach arabskich, od którego oddziela plastikowa ściana z terminalem na karty i dziurą na gotówkę. Jazdą nocą żółtą taksówką przez rozświetlony Broadway... . Nocleg miałem zabukowany w West Side YMCA. Jest to bardzo populara i tania sieć schronisk młodzieżowych (nie, nikt nie chodził przebrany za policjanta, czy Indianina). W NY ma świetną lokalizację zaraz przy Central Parku. Niestety standard jest delikatnie żałosny, ale idzie przeżyć. Dojechałem po 23 i pierwsze zderzenie z amerykańską kulturą ;) Poszedłem do WC za potrzebą, patrzę jeden kibel - za dużo wody. Zatkany. Następny to samo. Następny to samo + pływające cygaro. Zatkany. Co jest? Otóż tak poznałem jak działają kible w USA. W każdym ustępie jest dużo wody (tak, chlapie w kulminacyjnym momencie), a ciśnienie zasysające jest tak duże, że nie potrzeba szczotek, których zresztą nigdzie nie ma. Szybki sen, pobudka skoro świt, pora eksplorować Nowy Jork! No to idziemy!

Dzień 1

Ambitnie założyłem, że będę jak najwięcej zwiedzać z buta. Manhattan na mapach nie wygląda na duży. Oj, miałem się przekonać szybko, że to błąd. Że to Ameryka - tu wszystko jest BIG! ;) Z  YMCA wychodzi się wprost na Central Park i Trump Tower Hotel. Zaraz obok jest stacja Columbus Circle, gdzie jadą wszystkie główne linie metra. Słońce świeciło, lekko piździło. Zagłębiłem się pomiędzy drapacze chmur. Od razu "rzuciła" się na mnie mieszanka syren policyjnych, odgłosu metra pod stopami, różnej maści zapachów, twarzy z całego świata, pary ze studzienek. Prawdziwy pierwszy oddech Nowym Jorkiem. Śniadanko w małej knajpce, świeża kawa i dalej w drogę. Nagle zza rogu wyłania się słynna sala muzyczna Carnegie Hall. 


Dalej idąc prosto 6th Avenue mija się Radio City Music Hall i skręca w 50th Street w kierunku Rockeffeler Center ze słynnym tarasem widokowym Top of the Rock. To przed wejściem do centrum jest znane lodowisko i co święta stoi wielka choinka (miejsce spotkania Kevina z mamą). Zaraz obok znajduje się monumentalna Katedra Św. Patryka - największa świątynia katolicka w mieście. 

Lodowisko przed Rockeffeler Center

I tym sposobem znalazłem się na 5th Avenue - najbardziej prestiżowej ulicy na Manhattanie. Tu miałem obrany azymut na jedno miejsce - oficjalny sklep NBA! Wizytę tam opisałem ze szczegółami na portalu SzóstyGracz.pl - klikamy TU. Z NBA Store już jest rzut beretem do Biblioteki Publicznej. MUSISZ do niej wejść. Jest za free, a wnętrza robią niesamowite wrażenie. Na pewno widzieliście je w niejednym filmie.


A propo. Idąc ulicami Nowego Jorku masz cały czas wrażenie, że gdzieś już te miejsca widziałeś. Ja takowe wrażenie miałem już po 3h łażenia. "O, to miejsce było w tym filmie" itd. I właśnie takowe jest zaraz niedaleko biblioteki - dworzec Grand Central. Tu chyba każdy film kręcony w NY ma jakieś sceny.


Dworca z zewnątrz praktycznie nie widać - ginie w gąszczu drapaczy chmur. Ale w środku robi niesamowite wrażenie. Sufit pokryty jest konstelacjami gwiazd, cały poziom "-1" to wielka jadłodajnia, wszędzie widać uzbrojonych po zęby żołnierzy. Jako, że następnym punktem na liście było Chinatown nadejszła chwila, aby po raz pierwszy skorzystać z nowojorskiego metra. Polecam od razu nabyć MetroCard i wybrać opcje abonamentu, albo doładować sobie dowolną kwotą. Pojedyncza jazda to 3$. Przejazd metrem był...normalny. Nie wiem czego się spodziewałem. Filmowe skrzywienie rzeczywistości siedziało jeszcze we mnie dość mocno :) Po wyjściu z metra w sercu Chinatown przywitał nas...Andy Warhol reklamujący burgera. 


Tu spotkaliśmy się ze wspomnianą Kasią i jej nowojorską koleżanką Iwoną, która zaprowadziła nas na lunch do restauracji Jin Fong. Dość ciekawa knajpa w wielkiej sali, gdzie panie jeżdżą z wózkami pomiędzy stolikami. Jak coś bierzesz to odhaczają ci na kartce i potem z tą kartką do kasy. Uważajcie - będziecie chcieli zjeść wszystko, co przynoszą. Tak dobrze to wygląda i pachnie. I nie jest drogie :) 



Samo Chinatown nie zrobiło na mnie wielkiego wrażenia. Jakoś nie czułem się jakbym przeniósł się do Chin. Może za dużo oczekiwałem? :) Lepsze wrażenie zrobiła na mnie później chińska dzielnia w San Francisco. Oczywiście wszędzie sklepy z chińską tandetą dookoła były. Najbardziej chińsko w Chinatown w NY jest w Parku Columba, który jest oblegany przez starszych wiekiem Chińczyków, którzy grają tam w swoje gry i śpiewają co nieco:



Przez Park Columba przeszliśmy kierując się w stronę Wall Street i World Trade Center Memorial. Po drodze mija się kilka monumentalnych i ciekawych budynków: Sąd Najwyższy, główną siedzibę policji, czy ratusz miejski. Wszystko to znajduję się przy wjeździe na Brooklyn Bridge. Co mnie zaskoczyło to widok tabliczki z nazwą ulicy - Broadway. W mej głowie Broadway = krótka ulica z teatrami muzycznymi. A ta ulica ciągnie się prawie przez cały Manhattan. Zaraz obok parku ratuszowego stoi wybudowana w 1766 roku kaplica św. Pawła - najstarszy wciąż czynny budynek użyteczności publicznej w mieście. To tu odpoczywali ratownicy pracujący na gruzach WTC, a na płocie cmentarza wieszano ogłoszenia o zaginionych. Sam cmentarz z nagrobkami z poprzednich wieków przenosi nas w czasie. Otoczonymi wieżowcami centrum finansowego ma coś w sobie nierealnego.


No to jesteśmy w dzielnicy światowej finansjery. Oczywiście jej symbolem jest słynna rzeźba byka. Jako typowy Azjata chciałem oczywiście strzelić sobie fotkę przy samym ryju, ale nie tylko ja wpadłem na taki pomysł i najlepsze co udało mi się zrobić, to to:


Szybka przerwa w Starbucks i oto jesteśmy pod słynnym budynkiem giełdy na Wall Street...., który zdobił duży, różowy baner Instagrama. Zaraz obok jedno z najważniejszych miejsc w historii USA - Federal Hall, gdzie m.in. odbyła się inauguracja prezydentury G.Washingtona. 



Dobra, dotarliśmy na sam "dół" Manhattanu - World Trade Center Memorial. Każdy z nas wie co robił i gdzie był 11 września 2001. Amerykanie stworzyli cały park upamiętniający te tragedię - wszystkie jego części znajdziecie pod linkiem. Dziś w miejscu zawalonych wież są takowe pomniki:


Kilka budynków w "strefie zero" zostało postawionych na nowo, w tym majestatyczny World Trade Center One z tarasem widokowym na 100 piętrze. To był nasz kolejny punkt zwiedzania. Bilet kosztuje 35$, ale jest wart swej ceny. Zalecam kupić wcześniej, lub przez internet. My wzięliśmy specjalnie na taką godzinę, aby mieć widok za dnia, na zachód słońca i na NY nocą. Mieliśmy trochę czasu, więc udaliśmy się na spacer wybrzeżem wzdłuż South Cove Park, R. Wagner Jr Park i Battery Park. Z daleka zamajaczyła po raz pierwszy Statua Wolności :) 

Widok na New Jersey



O podanej na bilecie godzinie stawiliśmy się przy wejściu do One World Observatory. Na co nie jest się przygotowanym to jazda windą. Jest ona wewnątrz "wyłożona" ekranami ledowymi. Jak się jedzie do góry, to wyświetla się film pokazujący jak zmieniał się Manhattan od obrośniętego lasem półwyspu do dziś (to co wyświetla się jadąc w dół to już w ogóle kosmos - tu już musicie sprawdzić sami :). Powiem Wam, że WOW. Potem obsługa każe stanąć na wprost dużej szarej ściany, na której wyświetla się film o Nowym Jorku i jego mieszkańcach. Zieff. Wtem nagle muza wchodzi w pompatyczny ton, lektor łapie ekstazę i cała wielka ściana podnosi się do góry odsłaniając to!!!!


Jak to piszę to mam gęsią skórkę. Nie jesteś na to przygotowany. Pierwszy rzut oka na widok powala i miażdży jądra. A to dopiero początek. Wchodzi się po schodach na główny "pokład". Widok jest..po prostu...nooooooo...ten tego...no nie potrafię tego opisać słowami. Kto znajdzie Statuę Wolności?



Dwa budynki na pierwszym planie zostały zbudowane po
ataku na gruzach zawalonych pomniejszych budynków



Siedzieliśmy tak chyba na górze z 1,5h. Nad Nowym Jorkiem nastała noc i trza było powoli wracać. Zanim nyny to jeszcze mały przystanek na brodłejowskiej części ulicy Broadway na kolację. Pierwsza konkretna szama w amerykańskiej knajpie - na talerzu dużo, zbyt słodkie duże napoje z darmową dolewką, duży napiwek minimum 19%, rachunek zbyt duży :) Ale co tam. Było dobre, należało się po 12h zwiedzania :)

Kilo cukru dla Pana?


No i tak minął dzień pierwszy napakowany po korek. Kładąc się spać byłem onieśmielony tym miastem. Wypiździło mnie nieziemsko, ale gębą uśmiechała się non stop. Nowy Jork kupił mnie od razu. A tu jeszcze przede mną dwa pełne dni szwendania się po Wielkim Jabłku :) Ale na relację z tych dni zapraszam już do kolejnej części :)



Katedra Św. Patryka
Sala główna biblioteki

"Schowany" Grand Central

Chinatown

Sąd Najwyższy

Ratusz



Battery Park

Stacja metra

Broadway

6.07.2019

Śladem Route 66 przez Texas, Nowy Meksyk i Arizone

Route 66 - legendarna "matka wszystkich dróg" w Stanach Zjednoczonych prowadząca z Chicago do Santa Monica, Los Angeles w Kalifornii. Nie ma chyba nikogo, kto by o niej nie słyszał lub nie widział znaczka z charakterystycznymi dwiema szóstkami. Wiecie, że Route 66 oficjalnie nie istnieje? Została ona wymazana z oficjalnego rejestru sieci drogowych w 1985 roku. Budowa autostrad zrobiła swoje. Dowiedziałem się tego z fantastycznej książki Route 66 nie istnieje Wojciecha Orlińskiego. Informacja ta była dla mnie niemałym szokiem. Droga ta tak głęboko zakorzeniła się w popkulturowej świadomości, że wszyscy myślą, że do dziś jest to główna trasa przez całe Stany. A gdzie tam. Większość nie istnieje, jest zaorana, znajduje się na prywatnej ziemi lub przypomina bardziej wiejską ścieżkę. Przejechanie się autem po zachowanych fragmentach było moim marzeniem od dawna. Udało się je zrealizować podczas mojej podróży przez USA w kwietniu 2019. Fascynującą historię Route 66 znajdziecie we wspomnianej książce. Służyła mi ona jako nieoceniony przewodnik. Zapraszam do przejażdżki fragmentami Matki Wszystkich Dróg przez Texas, Nowy Meksyk i Arizonę.

Na szlak Route 66 wjechałem w Texasie w miejscowości Amarillo. Chwilę wcześniej, niczym w filmie, zostaliśmy zatrzymani przez teksańską policję za przekroczenie prędkości o 6 mil. Groźny policjant w klasycznych okularach przeciwsłonecznych podszedł od tyłu i rozpoczęła się...miła rozmową z oficerem Marlow. Okazało się, że jako żołnierz odwiedził Auschwitz. Dał nam upomnienie (w formie mandatu), kilka rad i życzył szerokiej drogi. Pierwszym punktem do odwiedzenia była słynna w całych Stanach knajpa Big Texan Steak Ranch. Nie stoi ona na prerii jak na zdjęciu z jej strony www, ale już setki kilometrów przed można napotkać bilboardy zapraszające na "darmowy" dwukilowy stek. Knajpa ma niesamowity kowbojski klimat - wystrój, stroje obsługi, muzyka. No i prawdziwe teksańskie steki! Śmiałkowie mogą podjąć się wyzwania - zjedz 2kg steka z dodatkami w godzinę, a masz go za darmo (78$) i zdobywasz nieśmiertelną sławę. Ja podziękowałem, bo jeszcze chcę trochę pożyć, ale wjechał elegancki rib eye za 36$. Poza poparzeniem sobie podniebienia surową jalapenio, był to najlepszy stek jaki jadłem w życiu! Jeszcze tylko pierwsze pamiątki Route 66(kubek 10$, kartki po 2$) ze sklepiku (jego główna atrakcja to żywy grzechotnik) i dalej w drogę.


Big Texan w książce z 2012 i dziś



Kierujemy się na zachód. W tej części kawałki oryginalnej Route już nie istnieją lub są zamienione na drogę serwisową, więc, chcąc nie chcąc, trzeba duże fragmenty jechać autostradą I-40. Na przedmieściach Amarillo znajduję się osobliwa atrakcja - Cadillac Ranch. Właścicielem rancza jest jakiś lekko świrnięty artysta, który na środku pola wbił w ziemię 10 cadillaców pod taki samym kątem nachylenia jaki ma piramida w Gizie. Nikt nie wie co autor miał na myśli. Brama jest zawsze otwarta i każdy może dobazgrać coś sprejem, czy farbą. Skręcając w kierunku rancza mijamy dziwny, wysoki posąg kowboja. Jest to amerykański przydrożny XX - wieczny odpowiednik naszego krasnala ogrodowego - tzw Muffler Man. Kiedyś przydrożne biznesy stawiały takowe cuda z włókna szklanego, aby przyciągnąć wzrok klienta, a potem jego portfel. Dziś są niemal zabytkami. Historia tego w Amarillo jest bardzo ciekawa i wiąże się z drugą poprawką do konstytucji USA dającą prawo do posiadania i noszenia broni. 




Wracamy na autostradę i po ok 40 minutach zjeżdżamy na kawałek oryginalnej Route 66 w Adrian. Jest to oficjalnie sam środek legendarnej drogi pomiędzy Chicago, a Los Angeles. Dziś znajduję się tam fajna Midpoint Cafe, gdzie zostawiłem po sobie mały ślad :) Poza tym stacja przerobiona na sklep z pamiątkami, motel i kilka starych aut. 





Z Adrian już tylko 20 min jazdy do granicy Teksasu z Nowym Meksykiem. Moim celem miasto-widmo Glenrio. Po otwarciu autostrady i zamknięciu linii kolejowej do Chicago Glenrio umarło. Mieszka tam teraz chyba tylko kilka osób. Charakterystycznym punktem był motel z dużym neonem "Pierwszy i ostatni motel w Teksasie". Dziś nawet strach wyjść z auta, bo tabliczki typu "Teren prywatny - będę strzelać" nie zachęcają. Szybkie foty z auta i z powrotem na I-40, bo prawdziwa Route 66 urywa się w polu zaraz za tym co zostało z Glenrio.








Nowy Meksyk. Bezkresne równiny towarzyszą nam cały czas. Cel to kolejne miasto - widmo Newkirk. Po drodzę mijamy Tucumcari - spontanicznie skręcam z I-40 widząc znak "Tędy na historyczną Route 66". Trafiam na kompletnie zdewastowaną stację benzynową. Cisza jak makiem zasiał + skrzypiący na wietrze szyld Shella. Brrrr. Ten spontaniczny zjazd to typowy przykład dlaczego Amerykę należy zwiedzać autem :)




Niestety znowu trzeba wrócić na I-40, bo stara Route urywa się w polu. Zjazd na Newkirk i o dziwo działa tam stacja benzynowa z pocztą. Bez namysłu nadałem kartki zakupione w Big Texan (doszły do Polski po 10 dniach). W Newkirk mieszka kilka rodzin, ale generalnie to ruina i psy dupami szczekają. 




Z Newkirk kawałek starej Route 66 jest przejezdny ok 10 mil do Cuervo, ale potem znowu trzeba wskoczyć na autostradę, Zjechaliśmy ponownie na szlak po 30 min w miejscowości Santa Rosa. Mieści się tam muzeum - perełka. Złote lata Route 66 przypadały na okres 1930 - 1970. Wyobraźcie sobie teraz te wszystkie lśniące cadillaki, chevrolety czy mustangi z tamtych lat przemierzające legendarną drogę. Takie właśnie auta znajdziecie pod dachem tego muzeum. Czułem się w środku jak dziecko.






Za Santa Rosa starej Route 66 już nie ma, więc pozostało wrócić na autostradę. Dzień chylił się ku końcowi, więc pognaliśmy na nocleg do Albuquerque. Fani seriali znają te miasto z serialu "Breaking Bad", gdzie toczy się akcja. Na miejscu można skorzystać ze specjalnych wycieczek do domu Walthera White`a, czy na pustynie, gdzie w camperze gotował mete. Serial oglądałem, ale aż tak wielkim fanem nie jestem :)

I tak dobiegła końca pierwsza część wyprawy śladem Route 66. Z Albuquerque odbiliśmy na północ splądrować różne atrakcje, o których na pewno jeszcze napiszę. Na Route 66 wróciliśmy kilka dni później w miejscowości Flagstaff, już w kolejnym stanie - Arizona. Flagstaff nie umarło, ponieważ biegnie tam ważna linia kolejowa Topeca - Santa Fe. Akcenty Route 66 widoczne są wszędzie, jej oryginalne fragmenty stanowią dziś część głównych ulic miasta. Zatrzymaliśmy się na kolację w Crown Raiload Cafe. Wchodząc do niej ziszczasz swoje marzenie zjedzenia w typowej amerykańskiej knajpie z filmów. Klimat ala kolejowy nie do podrobienia. Słynie ona z 3-jajowych combo omletów. Porcje są ogromne! Za steka i napój z wieczną dolewką zapłaciłem ok 35$. Oczywiście co chwile krąży kelnerka proponując dolewkę kawy za free. Pod sufitem dookoła jeździ sobie kolejka. Obok znajduje się Museum Club - klasyczna "muzyczna stodoła". Żałuję, że nie zostaliśmy na koncert, ale było już ciemno i ruszyliśmy na nocleg do Williams.






Williams jest fantastyczne! Wygląda jak kowbojskie miasteczko z naszym współczesnym sznytem. Prawie w całości oparte jest na legendzie Route 66 i stanowi doskonałą bazę wypadową do Wielkiego Kanionu (1h jazdy). Polecam motel Star Route 66 Grand Canyon. Za pokój dałem 74$/noc, co jest tam ekstra ceną. W Williams znajdziesz mnóstwo fajnych knajp, sklepów z pamiątkami Route 66, typowych amerykańskich barów itp. Jakby wyjąć z tej mieściny auta i wstawić konie to mamy idealny obraz starej Ameryki. Polecam każdemu zatrzymać się na nocleg w tej mieścinie.









Noooo i moi drodzy. 20 min jazdy I-40 i za wioską Ash Fork zjeżdża się na najlepszy i najbardziej epicki kawałek oryginalnej Route 66: Seligman - Kingman. Ok. 200 km przez taką Amerykę jaką podróżowali jej mieszkańcy zanim powstały autostrady. 


Na "dzień dobry" dostajemy prosty jak drut odcinek po sam horyzont. Nie widać jej końca, tylko upalny miraż, bo na zewnątrz jest 32C. Po bokach bezkresne pola i ogrodzenia. Co jakiś czas brama wjazdowa na jakieś ranczo ze skrzynką pocztową. Poczułem się autentycznie jak bohater jakiegoś filmu drogi. Pierwsze miasteczko na tym odcinku to Seligman. Przed upadkiem wybroniło się chyba totalnym postawieniem na legendę Route 66 i turystykę. Co chwilę mamy byłe stacje benzynowe przerobione na kawiarnie, sklepy z gadżetami itp. Wszędzie stoją stare auta, mniej lub bardziej pordzewiałe. To właśnie Seligman, i ten odcinek Route 66, były pierwowzorem dla Chłodnicy Górskiej z filmu Auta Disneya. Zauroczenie tym miejscem w pewnym momencie mogło mieć dla mnie opłakane skutki - jadąc prawym pasem zauważyłem po lewej cudne miejsce i zapomniałem, że najpierw muszę zjechać na lewy pas, aby skręcić. O milimetry minął mnie rozpędzony jeep. Na szczęście mój żałosny tyłek przeżył i mogliśmy ruszyć w dalszą trasę.










Dalej trasa prowadzi znów przez niezmierzone prerie. Zatrzymujemy się na tankowanie w Peach Springs, głównym miasteczku rezerwatu Indian Hualapi. Benzyna droższa, niż przy I-40: dochodziła już do 4,5$ za galon. Mieszkańcy są bardzo uśmiechnięci i serdeczni, ale nie radzę zostawać na noc. Przez Peach Springs ciągnie linia kolejowa Topeca - Santa Fe i każdy pociąg daje ostro syrenami jadąc przez miasteczko. A pociągi te jeżdżą dość często. No i dalej w drogę przez prerię, czasami przez zaskakująco górzysty teren. Strome zjazdy i zakręty mieszają się z bezkresnymi prostymi odcinkami. Oczy latały dookoła głowy, aby niczego fajnego nie przegapić. 




I właśnie wyskakując zza zakrętu pojawiła się stacja benzynowa żywcem wyjęta z lat 60-tych. No po prostu jakbym się przeniósł w czasie. Stara stacja, warsztat, wraki aut, nawet scena muzyczna. W środku znajdował się sklepik z chyba najdroższymi gadżetami Route 66 na całej mojej trasie. Ale na zewnątrz robiło to wszystko świetne wrażenie. To miejsce wyłoniło się tak nagle, że nie jestem w stanie powiedzieć, gdzie dokładnie się znajduję. Na pewno bliżej Kingman, jadąc z Peach Springs. (edit: dzięki Na drugi konieć świata udało mi się dowiedzieć, że to Hackberry).










No i dookoła żywej duszy. Chociaż nie. Zajechało auto i wysypała się rodzinka. Hmm, ej co jest. Ja ich rozumiem. Polacy. Na takim zadupiu spotkać krajana to nie byle co. Pójdę, zagadam. Taki dialog się wywiązał:
Ja: Dobry, niezłą perełkę jak to miejsce można znaleźć, prawda?
Łysawy osobnik: SKĄD JESTEŚ??!!
Ja: Z Wrocławia
Ł: Pryh
I poszedł. Cóż, przyjaciół na siłę szukać nie będę. Dojechaliśmy chwilę potem do Kingman, ale już nie wjeżdżaliśmy "do środka". Nasz trasa szła w innym kierunku niż Route 66, która kieruje się na południe w kierunku Oatman i San Bernardino. I tym sposobem zakończyłem swą podróż śladami Route 66. Ale nie byłbym sobą, gdybym nie postawił kropki nad i :) . Będąc kilka dni później w Los Angeles wybrałem się na słynne molo w Santa Monica, gdzie legendarna droga kończyła swój bieg. Tak więc:



Śladem legendarnej Route 66 przejechałem przez 3 stany w sumie 727 km. Były to jedne z najlepszych momentów mojego całego tripa po USA. Przez okno widać obrazy, które w mojej głowie kształtowały filmy, czy książki. Co chwilę czułem się jak bohater jakiegoś filmu drogi. Jak np. postacie z filmu Green Book, na którym byłem w kinie na krótko przed wyjazdem. Miałem momentami wrażenie, że zaraz zza rogu z piskiem opon wyskoczą Bonnie i Clyde i obrabują bank. Nieoceniona w pomocy była wspomniana przeze mnie książka Route 66 nie istnieje. Polecam każdemu (dowiecie się np. skąd brzoskwinie w nazwie Peach Springs i dużo więcej smaczków). Nie będę ukrywał, że ta część zostawiła we mnie trwały, pozytywny ślad. Przy kluczach noszę teraz brelok Route 66, na ścianie wisi metalowa tablica, herbatę popijam ze specjalnego kubka. Czuję też pewien niedosyt, którego skutkiem może kiedyś będzie przejechanie całej trasy z Chicago do Los Angeles. Jeżeli ktokolwiek z Was wybierze się kiedyś na wyprawę samochodową przez Stany, lub ich fragment, to musi zahaczyć choć kawałek o legendarną Route 66. Zobaczy wtedy prawdziwą Amerykę, o której marzył. 



Wejście na Cadillac Ranch

Adrian

Newkirk

Stacja w Newkirk






Seligman