2.06.2013

Pora ruszać ponownie w drogę :)

Zdecydowanie za dużo czasu minęło od mojej ostatniej podróży (listopad 2012), więc najwyższa pora pakować gatki i ruszyć w drogę. Tym razem jednak podróż, którą planuję, różnić się będzie diametralnie od wszystkich moich poprzednich. Dlaczego? Jadę sam.

Dotychczas zawsze w podróży towarzyszyła mi przyjazna dusza, albo banda wspaniałych znajomych. Czas spędzony z nimi na podróżowaniu to jedne z najlepszych momentów w moim życiu. Jednak zawsze gdzieś głęboko siedziała we mnie potrzeba samotnej wyprawy. Podlewałem ją jeszcze książkami podróżników, którzy na takie wyprawy się zdecydowali. No i w końcu zdecydowałem się i ja: Jadę! Niestety moje plany zawodowe nie pozwalają mi wziąć roku wolnego, więc 2 tygodnie muszą wystarczyć :)

Od początku przyjąłem jedno założenie - żadnego szczegółowego planowania z góry na cały wyjazd - tylko lista rzeczy/miejsc, które chciałbym ewentualnie zrobić/zobaczyć. Nie chcę, aby coś mnie ograniczało, nie chcę nigdzie się spieszyć, nigdzie się spóźnić, ani gdzieś być za wcześnie. Jeżeli gdzieś mi się spodoba, to zostanę dłużej, jeżeli gdzieś będzie kicha to zawijam manatki. No to gdzie jadę? Chorwaacjaaaaaa + okoliczne państwa jak da radę :) 

Na początku PolskiBus zawiezie mnie za 30zł do Wiednia. Tam odwiedzam starego kumpla, u którego zostaję na noc. Następnie chcę się dostać jakkolwiek do Mariboru na Słowenii, gdzie zrobiłem jedyną rezerwację. Zainteresował mnie przybytek o nazwie "Adam i Ewa", który za dnia jest kawiarnią stylizowaną na rajski ogród, a od 23.oo zamienia się w hostel. Tam sobie zabukowałem za śmieszną kasę jedną nockę ciekawy miejsca. I to tyle jeżeli chodzi o jakieś rezerwację :) Dzień później wbijam do Chorwacji.

W samej Chorwacji zaznaczyłem sobie kilka punktów na mapie i rzeczy, które chciałbym zobaczyć/zrobić:
- kaskady wodne i stare młyny w malowniczej miejscowości Slunj,
- jeziora Plitwickie,
- Zadar
- party weekend na chorwackiej Ibizie,
- zaszycie się na kilka dni na malutkiej wysepce,
- wypad do Bihacu w Bośni
i wiele innych, ale nic na siłę - żadnego "muszę". Przemieszczać zamierzam się na różne sposoby: bus, pociąg, na stopa, promem - bez różnicy. Jeżeli się uda to powrót planuję przez Budapeszt, skąd wziąłbym pociąg do Polski.

Trzymajcie kciuki! Nie ukrywam, mam pewne obawy przed samotną podróżą, ale już nic mnie nie powstrzyma! Ruszam 10 - go czerwca. Mam też zamiar odpocząć od internetu, więc nie będę robił żadnej relacji na blogu, ale po powrocie spodziewajcie się obszernego sprawozdania. Po raz pierwszy mam zamiar prowadzić mały dziennik podróży, aby nic mi nie umknęło. Mam również nadzieję, że dzięki tej podróży dowiem się czegoś nowego o sobie :) Ale zanim wsiądę w busa - wesele brata!!!!!

Zakończę filozoficznie - chcecie mieć wspaniałe wspomnienia?? Żyjcie !!!!!!

20.05.2013

Czytamy! Samotna włóczęga po Ameryce Południowej.

Każdy z nas ma czasami taki moment, że chętnie rzuciłby wszystko w cholerę i wyjechał gdzieś daleko. Zostawił za sobą problemy dnia powszedniego i udał się w podróż samemu wytyczając sobie trasę i nigdzie się nie spieszyć. Tak właśnie zrobiła autorka książki, którą chcę polecić w drugiej odsłonie mojego blogowego mini - cyklu "Czytamy!".

Autorka Dorota Głuska w wieku 30 lat obudziła się pewnego ranka i stwierdziła, że musi jechać do Ameryki Południowej. Sama. Jak pomyślała tak zrobiła. Wzięła długi urlop, spakowała się w czerwony plecak i poleciała mając kupiony tylko bilet powrotny na za 4 miesiące. I właśnie o tej niezwykłej włóczędze opowiada książka "Burza depcze mi po piętach".


Foto: PWN



Książka jest niezwykłym zapisem przeżyć kobiety samotnie przemierzającej 6 krajów od Chile po Ekwador. Poznaje na swej drodze  niesamowitych ludzi, odwiedza zapierające dech w piersiach miejsca, często spontanicznie podejmuje decyzję kompletnie zmieniające jej podróż - jak np. taką, żeby zahaczyć Argentynę, mimo że w ogóle nie planowała tam jechać. Wspina się na ośnieżony wulkan, Boże Narodzenie spędza z poznaną rodziną w Chile, fartem nie znalazła się w grupie turystów odciętych w Machu Pichu przez powódź, odwiedza pływające wioski na jeziorze Titicaca. I wiele wiele więcej.

Całość napisana jest lekkim piórem i fajnie się to czyta. Plusem jest to, że przy większości miejsc, które właśnie opisuje znajduję się zdjęcie tegoż miejsca. Osoby planujące wyprawę do Ameryki Południowej znajdą w tej książce również mnóstwo nieocenionych wskazówek i porad odnośnie tras, noclegów itp. Idealna pozycja do poczytania leżąc sobie gdzieś na trawce w słonku.

Sięgnąłem po te książkę, bo jak piszę autorka "dopiero podróżując w pojedynkę, można naprawdę odkryć, co nam w duszy gra", a ja właśnie takową podróż planuje pierwszy raz w życiu. Potrzebowałem małego zastrzyku pozytywnej energii. Ale coś więcej napiszę już w oddzielnej notce :)







20.04.2013

Ten drugi Cypr

"Jest rok 2013 po narodzeniu Chrystusa. Cała wyspa Cypr jest dumnym członkiem Unii Europejskiej. Cała ?? Niee. Jego północna część wciąż odmawia podporządkowania się prawu wspólnotowemu i międzynarodowemu, a greccy sąsiedzi z południa i światowi politycy nie mają z nią lekkiego życia... ."
Tą parafrazą wstępu do serii mojego ulubionego komiksu zapraszam Was drodzy Czytelnicy na podróż do Tureckiej Republiki Cypru Północnego.

W 2009 roku nadarzyła się okazja, aby w kwietniu wybrać się na konferencję studencką na Cypr. Byłem już na finiszu moich studiów, więc była to ostatnia szansa, żeby jeszcze powalczyć o jakieś dofinansowanie z uczelni, więc długo się nie zastanawiałem. Lubię zawsze poczytać o historii miejsca, w które się udaję, a że Polska szkoła nie uczy o historii Cypru, więc czym prędzej się w nią zagłębiłem. Jakże wielkie było moje zdziwienie, że konferencja odbędzie się na terenie państwa, które oficjalnie na arenie międzynarodowej... nie istnieje. Kluczowy był tu rok 1974, kiedy tureckie wojska dokonały desantu na wyspę. Nie ma się co zagłębiać w szczegóły, ale końcowy efekt był taki, że wyspa została podzielona linią demarkacyjną na dwie części - grecką Republikę Cypryjską uznawaną przez świat i turecki Cypr Północny uznawany tylko przez Turcję. I właśnie tam miałem pojechać. Od razu zabukowałem sobie 4 dni więcej po konferencji, żeby pozwiedzać lepiej to miejsce. Nie ukrywam, że byłem nieźle podjarany tym wyjazdem :)

Do Larnaki doleciałem z Warszawy przez Pragę liniami Czech Airlines. Towarzyszką mojej podróży była Siostra N. Po wyjściu z samolotu lubiane przeze mnie odbicie się od ściany gorącego powietrza - witajcie 27 stopnie! Musieliśmy dostać się do stolicy Nikozji, gdzie mieliśmy przekroczyć granicę (otwartą na przepływ osób dopiero w 2003 roku!). Kierowca busa zapewniał, że dowiezie pod samą "bramę". No i dowiózł. Do bram miasta. Przystanek na kompletnym zadupiu. Udało nam się kogoś uprosić, żeby zadzwonił po taxi. Kierowca oczywiście rajdowiec pełną gębą. Wysadził nas w jakiejś ciasnej uliczce i powiedział, że granica za rogiem. Całe przejście graniczne okazało się dwoma kontenerami i plastikowy stolikiem przy wejściu w uliczkę po drugiej stronie. Musiałem pokazać paszport i wypełnić specjalny formularz, który był moją "wizą" pobytową na 30 dni - moim "być, albo nie być". Ostrzeżono mnie, że jak go zgubie to mogę zapomnieć o powrocie i nawet ambasada mi nie pomoże, bo nie ma tu jurysdykcji. Aha. Dałem jeszcze papiery do sprawdzenia gościowi w klapkach siedzącemu przy stoliku, minąłem żołnierzy i znalazłem się na terytorium Tureckiej Republiki Cypru Północnego.  

Szybkie przywitanie z Cyprem w cieniu meczetu za moimi plecami.

Pierwsze 4 dni to udział w konferencji, który absorbował większość czasu. Mieszkaliśmy na potężnym campusie Near East University w nowych akademikach. Były tak nowe, że nie było w nich jeszcze...żadnych mebli. Spaliśmy na karimatach :) Tuż obok za płotem był teren wojskowy, którego przekroczenie równało się, według wielkich znaków, z zarobieniem kulki od snajpera. Na terenie kampusu mieściły się również szkoły dla dzieci. Z samej konferencji mam mnóstwo super wspomnień, ale te już bardziej nadają się do prywatnych rozmów przy piwie :) Jednego tylko popołudnia udało nam się wyrwać w kilka osób na pozwiedzanie tureckiej części Nikozji. Tak, tureckiej, bo będąc na Cyprze Północnym ma się wrażenie, że jest się w Turcji. Obowiązuje język turecki, płacimy Turkish lira, wszędzie tureckie flagi. Akurat jak byliśmy odbywały się wybory do parlamentu republiki, które, jak się później dowiedziałem, wygrała przytłaczająco partia pro turecka. Co od razu rzuca się w oczy po wjeździe do kraju to monumentalna flaga na zboczu góry. Jest ona widoczna z wielu miejsc, szczególnie w nocy, kiedy w całości jest podświetlona! W ogóle nie czułem, że byłem na Cyprze. Nie zmienia to faktu, że uliczki Nikozji są bardzo urokliwe. Szczególnie wrażenie robi była chrześcijańska katedra przerobiona na meczet. Dobra, konferencja skończona. Teraz pora na 100% - owe poświęcenie się zwiedzaniu i poznawaniu kraju. Zapakowaliśmy się ekipą w busa i ruszyliśmy do nadmorskiej Famagusty, gdzie mieliśmy mieć bazę. 

"Jadę ci nazwiedzać!" (Uniwersyteckie Muzeum Starych Samochodów)

W Famaguście w końcu poczułem, że jestem na śródziemnomorskiej wyspie. Wszędzie palmy, zapach morza, 30 stopni (kwiecień!), odgłosy mew. Spanko znowu na campusie kolejnego uniwerku. Ruszyliśmy niezwłocznie zwiedzać. Stary fort, kolejna chrześcijańska katedra przerobiona na meczet, urokliwe uliczki z kawiarenkami, popijanie herbaty/kawki wśród miejscowych (tego dnia padła mi bateria i nie mam zdjęć ze zwiedzania :/ ). Wieczorem impreza w klubie nad brzegiem morza w turystycznej Kyreni. Pierwszy dzień jak najbardziej udany. Następnego dnia w busa, bo już czekały na nas ruiny starożytnej Salaminy. Generalnie uwielbiam zwiedzać ruiny starożytnych miast. Staję zawsze wśród nich, zamykam oczy i próbuje sobie wyobrazić jak tysiące lat temu wyglądało miejsce, w którym stoję. Tym razem nie było inaczej. Majestatyczny amfiteatr, posągi bogów, osamotnione dziś kolumny, który kiedyś podtrzymywały wielkość antycznej cywilizacji, a nawet ówczesne sanitariaty. Minusem zwiedzania był okropny upał, dlatego zaraz po postanowiłem niezwłocznie udać się nad morze w celach kąpielowych. Specjalna plaża, do której chciałem dotrzeć znajdowała się kilka km od ruin Salaminy,  dlatego z koleżanką postanowiłem złapać stopa. Od razu zatrzymał się busik, który chciał kasy, ale kierowca w końcu machnął ręką i wziął nas za darmo. W Famaguście wydzielona jest jedna mała plaża. Cudowna krystalicznie czysta woda, mięciutki piasek, mało ludzi. Co w niej niezwykłego? Na niej właśnie można poczuć okrucieństwo następstw wojny z 1974 roku i podziału wyspy. Prowadzi do niej jedna droga, która ciągnie się obok strefy okupowanej przez tureckie wojsko. A samo wejście na plaże znajduję się obok...

Droga do wejścia na plażę.

... zbombardowanego greckiego hotelu. Od niego zaczyna się strefa widmo opuszczonych greckich hoteli. Przed wojną był to turystyczny raj na ziemi. Teraz niszczeją tam setki niegdyś luksusowych hoteli, których "pilnuje" armia turecka. I tak w cieniu pozostałości wojny władzę wydzieliły cudowną, może z 200 metrów długą, plażę dla turystów. Po chwili zadumy dałem niezwłocznie nura do wody. I właśnie wtedy, o ironio, dopadł mnie tak lubiany przeze mnie, podróżniczy błogostan. Niech jego istotę odda poniższe zdjęcie :)


Nadszedł urokliwy wieczór i czas było zbierać się z powrotem. Ostatnie dwa dni minęły na dalszym plażowaniu, nicnierobieniu i zwiedzaniu. Odwiedziłem m.in. "nieczynny" klasztor w Rizokarpaso, potężną Żółwią Plażę, gdzie przy odrobinie szczęścia można rano natknąć się na żółwia wracającego do morza po złożeniu jaj, ale przede wszystkim korzystałem z uroków klimatu śródziemnomorskiego w kwietniu, a wieczorami bratałem się z miejscowymi. Wszystko co dobre szybko się kończy i czas było zawijać się do Larnaki na samolot. Tym razem już sam, ponieważ na Siostrę N. podziałał urok wyspy miłości, czego rezultatem będzie piękna uroczystość w sierpniu, i została kilka dni dłużej :) Jechałem taxi i granicę przekraczaliśmy już "w terenie" w strefie wojskowej. Takich instalacji wojskowych jak tam to w życiu nie widziałem, z chyba największym radarem na świecie włącznie. Wystarczy rzut oka na to wszystko, żeby zrozumieć, że zjednoczenie wyspy to mrzonka i nie ważne co mówią o tym politycy... .


I tak moja podróż do Tureckiej Republiki Cypru Północnego dobiegła końca. Pierwszy raz w życiu odwiedziłem miejsce, które zaistniało na mapie dzięki działaniom wojennym, których rezultaty były dalej widoczne mimo 35 lat od konfliktu, i które dalej istnieje de facto dzięki obecności wojska. Zrobiło to na mnie duże wrażenie, a widok hoteli widmo mam wciąż przed oczami. Ale też z drugiej strony były to naprawdę fajne mini - wakacje, ponieważ miejsce to oferuje również wszystkie walory, które może oferować klimat śródziemnomorski. Wróciłem bogaty o nowe doświadczenia, niezapomniane wspomnienia i wspaniałą opaleniznę :)

8.04.2013

1 z 10

"Jeden z dziesięciu" to już chyba ostatni teleturniej w polskiej telewizji, w którym do udziału i wygrania liczy się tylko wiedza w czystej postaci. Będąc uczestnikiem nie musisz robić z siebie błazna na scenie, zbierać głosów sms, czy wyciskać udawane łzy z Pani Foremniak. Dlatego zawsze, jeżeli nadarzyła się okazja, lubiłem go oglądać i, o dziwo, znałem odpowiedzi na większą część pytań. Od jakiegoś czasu dręczyła mnie myśl "A może się zgłosić?", ale jakoś nie mogłem przejść do czynów. Aż pewnego dnia siedziałem w pracy z szefową na kantynie i oglądaliśmy "1 z 10". Wywiązała się krótka rozmowa:
- Maciek, znasz tyle odpowiedzi. Co się nie zgłosisz?
- A dasz mi wolne jak się dostanę?
- Dam.
- No to się zgłoszę.
No i się zgłosiłem. Zapraszam Was Drodzy Czytelnicy tym razem w trochę inną podróż. Podróż za kulisy programu "Jeden z dziesięciu" :)

Zgłoszenie drogą elektroniczną wysłałem jakoś na początku 2012 roku. W kwietniu otrzymałem listownie zaproszenie do Warszawy na eliminacje na maj. Oprócz miejsca, daty, prośby o zabranie zdjęcia, i że nie zwracają za bilety, nie było żadnych innych informacji. Zaklepałem sobie wolny weekend (eliminacje w sobotę) i odliczałem dni. Nie przygotowywałem się w ogóle w myśl zasady "będzie, co ma być". Czas szybko zleciał i w Wawie stawiłem się już w piątek, aby odwiedzić starego kumpla Mr. Kiwi i odstresować się wieczorem w "Cudzie nad Wisłą". Mimo, że w liście miałem godzinę eliminacji 13.oo postanowiłem udać się tam next day trochę wcześniej. Wysiadam z busa mpk, a tam chodnikiem idzie sobie jakby nigdy nic...mój kumpel ze studiów z Zielonej Góry.
- "oo siema! Co tu robisz?" pytam,
- "możesz nie uwierzyć, ale idę na eliminację 1 z 10"
Hahaha cóż za zbieg okoliczności, ale przynajmniej będzie z kim pogadać. Dochodzimy na miejsce ok godziny 12.oo. Zwykła szkoła jakich tysiące w kraju. Na miejscu od razu okazało się, że mamy do czynienia z polską organizacją, czyli...brakiem jakiejkolwiek organizacji. Żadnych informacji, organizatorów, wywieszek, nic. Tylko jedna dłuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuga kolejka ludzi. No nic, trzeba było stanąć. Godzina na zaproszeniu była tylko pustą cyferką bez pokrycia. Nikt też nie sprawdzał niczego. Można było wejść prosto z ulicy stanąć w kolejce i wziąć udział w eliminacjach bez żadnego wysyłania zgłoszenia. Stałem 3h. W kolejce cały przekrój społeczny - młodzi, staruszkowie, biznesmeni, kloszardzi, eleganckie paniusie, mądrale i studenci w flanelach i z dziewiczym wąsem. Co godzinę pod ścianą stała puszka po piwie - ktoś najwidoczniej walczył ze stresem. Dobra moja kolej. Wchodzę. Miła pani daję mi kartkę, abym wypełnił dane osobowe (hmm, czyż nie podawałem w ich w zgłoszeniu?). Odwraca potem kartkę, a tam 20 pytań jak w teleturnieju. Pytanie - odpowiedź. Trzeba było odpowiedzieć dobrze na 15 z nich, żeby dostać się do nagrania. Pach, pach, pach jedno za drugim:
- Gdzie mieści się siedziba Scotland Yardu?
- Kto nakręcił "Gangi Nowego Jorku"?
- Czy gawron to samiec wrony?
18 dobrze!! "Gratuluję, dostał się Pan do programu. Nagranie odbędzie się w przeciągu roku, o czym poinformujemy listownie". Że co? Roku? lool. Zdążę zapomnieć, że wygrałem już jakieś eliminację. No i niestety trochę się naczekałem, bo list przyszedł w lutym 2013 zapraszając na nagranie w marcu do...Lublina. Musiałem im odesłać potwierdzenie udziału poleconym. Potem żadnego info, czy dostali, żadnych danych kontaktowych, nic. Tylko, że miałem się stawić o 12.oo na dworcu PKP przy kasie nr 1.... Na szczęście już tym razem TVP zwracało koszty podróży. 8 marca zapakowałem się w pociąg i po 8h byłem w Lublinie. Pogaduchy z dawno nie widzianymi znajomymi, u których nocowałem i spać.

Zdjęcie z Tadeuszem - ja czwarty od lewej.

Przed 12 stawiłem się na dworcu. Po chwili przyszedł ziomek z TV - uff jestem na liście. Zapakowaliśmy się do busa i pojechaliśmy do siedziby TVP. Tam kazano nam czekać, bo trwało jeszcze nagranie innego odcinka. W tym samym czasie zorientowałem się, że mój bilet, na podstawie którego miałem mieć zwrócone siano...został u znajomych na mieszkaniu. Na szczęście nieoceniona G. przywiozła najszybciej jak się dało, za co jeszcze raz WIELKIE DZIĘKI. Po 40 minutach wyczytano "moją" 10 i zaproszono już na zaplecze studia. Na początku każdy musiał podpisać z TVP... jednodniową umowę zlecenie. Na jej podstawie wypłacono nam kasę za podróż jako delegację pracownika. Sprytnie. Potem losowanie stanowisk - mi przypadło nr 10. Następnie z monitora Tadeo Sznuk przekazał kilka instrukcji np. nie można wyznaczać per "Poproszę Pana Mietka", tylko "Pan nr 1" żeby kamera szybko złapała wyznaczonego delikwenta. Gdy wszelkich formalności stało się zadość w obroty wzięły nas charakteryzatorki. Puder, podkład, lakier - co by swym blaskiem z twarzy nie oślepić widzów przed ekranem. Miałem taką tapetę, że jak wróciłem potem do znajomych to koleżanka od razu: "Maciek, ty masz makijaż!".

Gdy się wchodzi pierwszy raz w życiu do studia tv to robi ono wrażenie, mimo że samo w sobie nie było duże. Przywitała nas miła pani i przystąpiliśmy do kręcenia najdłuższej i najtrudniejszej części, czyli tzw. wizytówek - przedstawiania siebie na początku programu. Może chyba tylko 3 osoby nagrano bez powtórek, tak to reżyserka zawsze miała jakieś uwagi. A to za długi monolog, a to za mało o sobie, a to facet powiedział, że interesują go...kury (sic!) i nie wiedzieli jak to ogarnąć. Mnie nagrali za drugim razem. Potem przyszedł prowadzący Tadeusz Sznuk, przywitał każdego, pstryknęliśmy fotkę powyżej i do roboty. Przed programem najbardziej nie chciałem odpaść w pierwszej rundzie. Zgadnijcie jak mi poszło :P
- "Sport panie Macieju. Jakie dwa style wyróżniamy w zapasach?"
- "Styl wolny i..."  czarna dziura w głowie ....3...2...1... yyyyyyy
- "Panie Macieju, w którą swoją stronę patrzy orzeł na godle?"
- ...   3...2...1... "W lewo" yyyyyyyyyyy  
I tak zakończyłem udział w teleturnieju :) Zabrakło mi po prostu teleturniejowego łutu szczęścia, bo na pozostałe pytania pierwszej rundy znałem odpowiedź... . No cóż potem pozostało mi tylko siedzieć zaciemniony i obserwować drugą rundę. Co ciekawe często trzeba było powtarzać drugi raz odpowiedzi, nawet te błędne! Koleś znał już odpowiedź od Tadeo, ale musiał drugi raz odpowiedzieć specjalnie źle, bo za pierwszym razem coś nie tak było z dźwiękiem. Albo babka wyznaczała ze dwa razy pod rząd, aż facet odgadł, a babka dalej wyznacza, a Sznuk nawet zaczął czytać pytanie zanim się skapnęli. Ziomek na stanowisku 6 miał zakaz poruszania się, bo zasłaniał dziurę z kamerą za swoimi plecami, która nagrywa prowadzącego od przodu. Było wiele takich smaczków, których nie widać oglądając program w TV.

Podsumowując, trochę czuję niedosyt jeżeli chodzi o wynik, ale sam udział w programie to ŚWIETNA przygoda. W ogóle nie żałuję, że się zgłosiłem. Po raz pierwszy w życiu mogłem zobaczyć jak to wszystko wygląda z drugiej strony ekranu. Polecam każdemu wysłać zgłoszenie - nic to nie kosztuje, a zabawa przednia. Szkoda tylko, że od momentu zgłoszenia do nagrania programu mija prawie 1,5 roku... . Nic to, ja tam na pewno jeszcze kiedyś się zgłoszę. Mam nadzieję, że "1 z 10", ostatnia ostoja rozrywki opartej na wiedzy w TVP, nie zniknie ze szklanego ekranu.

A wszystkich chętnych chcących zobaczyć odcinek z moim udziałem zapraszam przed telewizory w czwartek 11 kwietnia o 18.50 TVP2 :)

30.03.2013

Radosnych Świąt!! + mała przerwa

Drodzy Czytelnicy,

z okazji Świąt Wielkanocnych pragnę życzyć Wam dużo zdrowia, szczęścia, radosnych chwil spędzonych z rodziną oraz wielu smacznych jajek spałaszowanych z nieukrywaną przyjemnością. Mam nadzieję, że podczas tej przerwy świątecznej narodzą się w Waszych głowach plany na niezapomniane podróże :)

Mołdawski woźnica również życzy Radosnych Świąt !!

Autor niniejszego bloga będzie raczyć się urlopem do 7 - go kwietnia. Mam zamiar odwiedzić rodzinkę w Zielonej Górze i starych znajomych w Poznaniu, więc w tym okresie nie ukaże się żadna notka. Ale zapraszam zaraz po, ponieważ mam zamiar zabrać Was w trochę inną podróż - tym razem do świata telewizji... . 

I na koniec piosenka świąteczna :)  do usłyszenia!!



25.03.2013

Tyylkooo we Lwoowie!

W sierpniu 2009 roku z okazji obronienia zacnego tytułu magazyniera i ukończenia 5 - latki postanowiłem nagrodzić siebie samego poprzez spełnienie jednego z moich podróżniczych marzeń. Od dawna po głowie chodziła mi Mołdawia i uznałem, że to będzie dobry moment, aby się tam wybrać. Ale nie o Mołdawii będzie ta notka - działo się tam tyle, że będę potrzebował kilka wpisów na ten kraj :) Tak, czy inaczej, planując tam dojazd zdałem sobie sprawę, że najlepiej i najtaniej będzie bujnąć się przez Ukrainę. Nigdy wcześniej nie byłem również w tym kraju, więc szybko uknułem plan, aby po drodze zrobić przystanek we Lwowie i zatrzymać się tam na niecałe 3 dni. Jak pomyślałem tak zrobiłem. Zapraszam na relację z wydarzeń, które mogły dziać się tyylkoo we Lwoowie.

Za kompana podróży miałem starego kumpla Mr Kiwi. Udało nam się znaleźć zacne połączenie autokarowe Wrocław - Lwów za nieco ponad stówkę. O 6 rano zainstalowaliśmy się w busie ukraińskim linii i jazda. Sama podróż miała trwać ok 13/14h; dojazd do granicy ukraińskiej przebiegł bez większych rewelacji i widoków. Na granicy w Medyce "standardowe" 3h stania ekstra nie wiadomo po co. Zaraz za szlabanem wita nas wielki znak УКРАЇНА!!! Przejechaliśmy może 1 metr i znów stoimy. Autokar musiał przepuścić...stado krów. 
Ukraiński komitet powitalny.
Lądujemy na dworcu autobusowym przed 23. Musimy się dostać do hostelu w centrum, a to kawałek. Pani w kantorze podpowiedziała jaki autobus musimy złapać. Uff, za chwilę odjeżdża ostatni. Wsiadamy, kupujemy od kierowcy bilet i jedziemy...3 przystanki, po czym driver oświadcza, że jedzie do zajezdni i wysiadka. Świetnie. Noc w pełni, a my nie wiadomo gdzie jesteśmy. Z ciężkim sercem decydujemy się na taxi. Żadnej przez 20 minut... . Zauważyliśmy nagle, że niedaleko przystanku stoi stara łada z bladym napisem na boku TAXI. Co to była za jazda - dziadek kierowca rajdowy chwalił się, że stacjonował w latach 80 - tych w Polsce jako soldat. Po drodze pytał się innych taksówkarzy jak dojechać. Na koniec chciał nas nawet skasować ekstra za "przewóz bagaży w bagażniku"(co jest ponoć normą na Ukrainie). A takiego wała! W końcu przed 1 w nocy dotarliśmy do Retro Hostel Shevchenko spragnieni prysznica przede wszystkim. NOPE - chwilowy brak wody. Ale generalnie hostel polecam. Znajduje się w centrum, miła obsługa, tanio, wygodne łóżka, no i można spotkać zakręconych ludzi, o czym za chwilę. Pora spać - Lwów czeka!

Rano po śniadaniu przyszedł po nas Borys. Umówiliśmy się z nim przez Couchsurfing, aby pokazał nam miasto z perspektywy miejscowego. Okazało się, że Borys umówił się również z Chorwatką, Węgierką i Polką, które mieszkały w naszym hostelu. Dołączył jeszcze do nas Belg i zebrała się niezła ekipa. No to w drogę! Powiem Wam jedno - Lwów to piękne miasto. Od razy przywitał nas Adam Mickiewicz . Potem szerokim Prospektem Svobody dochodzi się do wspaniałej opery . Wszędzie dookoła na ławeczkach starsi panowie grają w szachy . Można się dołączyć w każdej chwili. Jedna pani nawet przyprowadziła małą...świnkę ozdobną i chciała kasy za pogłaskanie. Potem rynek z czterema narożnymi fontannami. Tu mała przerwa na browarka of course. Następnie Borys wziął nas na małą wspinaczkę na górujące nad Lwowem wzgórze, skąd rozciągał się niesamowity widok na miasto. Jeszcze tylko obiad w tradycyjnej ukraińskiej knajpie i wracamy do hostelu. Okazało się, że Chorwatka ma urodziny, więc szykuję się niezłe party :)
Punktem obowiązkowym każdej mojej wyprawy jest piwko na miejskim rynku. Tym razem nie mogło być inaczej.
I właśnie dlatego lubię spać w hostelach. Panuję zawsze luźna atmosfera, ze wszystkimi jesteś od razu na "ty", można poznać zakręconych ludzi. Np. "nasz" Belg, prawdziwy backpacker, wracał z Afryki, gdzie potrącił go samochód i 3 tygodnie leżał w szpitalu. Twierdził, że miał sto razy lepszą obsługę niż u siebie. Jeden Amerykanin 2 dni niesłusznie siedział w ukraińskim areszcie i zarzekał się, że nie wyjdzie w ogóle z hostelu do dnia odlotu, a Japończyk prawie wcale nie schodził z kompa. W takim towarzystwie zaczęliśmy świętować urodziny Chorwatki. Hostelowa lodówka z piwem zaczęła szybko pustoszeć. Przyszedł Borys, aby zabrać nas na miasto. Początkowo mieliśmy iść do fancy clubu, ale Borys zaproponował coś innego. Weszliśmy do jakiegoś budynku, schodzimy do piwnicy, stajemy przed metalowymi drzwiami. Borys puka i mówi hasło "Chwała Wielkiej Ukrainie". Otwiera nam wieeeelki groźny koleś. Znaleźliśmy się w pubie pod sztandarami Ukraińskiej Armii Powstańczej. Nie zagłębiając się w to, czym była UPA, to lokal był niesamowicie klimatyczny. Szybko przykolegowali się jacyś Ukraińcy no i się zaczęło. Żałuję do dziś, że nie wziąłem wtedy aparatu. Ukraińcy stawiali wszystko, unlimited wódka, kiełbasy na deskach, tańce na stołach itp. Mr. Kiwi poprosił jednego o fajkę, a ten znikł na 20 minut. Wrócił i Mr. Kiwi dostał dwie paczki. Jedna z najbardziej zwariowanych nocy w moim życiu. Jadąc z biurem podróży raczej bym do takiego miejsca nie trafił :)

Poranek był ciężki, ale szkoda czasu na leżenie w łóżku. Tym razem już sam z Mr. Kiwi i koleżanką S., która miała z nami jechać na Mołdawię, ruszyliśmy w miasto. Kupiliśmy na dworcu autobusowym bilety do Kiszyniowa i pozwiedzaliśmy inną część miast niż dzień wcześniej. Szczególnie wrażenie robił Pałac Potockich. Następnie udaliśmy się zobaczyć słynny Cmentarz Orląt Lwowskich. Jest on częścią większego cmentarza, na który wstęp jest niestety płatny. Sama nekropolia jest baardzo stara i niezwykle klimatyczna. Chwila zadumy jak najbardziej wskazana. W drodze powrotnej zaszliśmy na typowy ryneczek. Inspekcja sanepidu dostała by palpitacji serca widząc warunki w jakich handlowano, ale zakupione owoce był świeże i słodkie. Zahaczyliśmy też o targ staroci, gdzie można znaleźć rzeczy z czasów towarzysza Iosifa Wissarionowicza. Szybki obiadek i z powrotem w hostelu. Tym razem, nie chcąc umierać dzień później w autokarze, z Mr. Kiwi poszliśmy sami na miasto, aby spokojnie napić się piwka bez szaleństw. Akurat... . Siedzieliśmy sobie spokojnie na fontannie, kiedy podbiła do nas grupka młodych Białorusinów. Szybko się zakolegowaliśmy. Nagle, ni stąd ni zowąd, pojawiła się ekipa z hostelu z Borysem. Było po nas...
Toast międzynarodowy.
Następnego dnia to już tylko mieliśmy siły, aby dowlec się na rynek, rozłożyć się na kanapach w jednym z ogródków i podziwiać błękit nieba. Obłoki przesuwały się po niebie niezwykle głośno... . Dołączyła do nas poznana dzień wcześniej parka z Białorusi i mogliśmy sobie ciekawie porozmawiać o sytuacji młodych ludzi w ich kraju. Ok 14 stawiliśmy się na dworcu. Pora była na naszą mołdawską przygodę... .


Drogi Czytelniku, jeżeli kiedykolwiek będziesz miał okazję odwiedzić Lwów to nie wahaj się ani chwili! Każdy znajdzie tu coś dla siebie. Wyjazd imprezowy, wyjazd sentymentalny, wyjazd chill - outowy - każda opcja jest możliwa. Plusem Lwowa jest również, że wcale nie leży daleko. Wystarczy dostać się do Przemyśla, a potem już jest mnogość opcji. Mi się już udało wrócić tam drugi raz, ale to już opowiem przy okazji opisywania rumuńskiej wyprawy :)

18.03.2013

Capri - odlot w błogostan

Podczas moich podróży czasami doznaje uczucia, które nazywam podróżniczym błogostanem. Teraz w tym miejscu powinna znaleźć się definicja, ale wytłumaczenie tego nie jest wcale takie łatwe :) Upraszczając, czuje się tak wtedy, kiedy splot kilku różnych czynników sprawia, że całym sobą krzyczę wewnątrz: "Życie jest piękne!!!!". Przez kilka chwil czuję, że mam w dupie wszystkie problemy i szarą rzeczywistość, oraz że nic więcej mi do szczęścia nie jest potrzebne. Czynniki te bywają różne, zależne od miejsca do którego właśnie podróżuje. Najfajniejsze w tym uczuciu jest to, że kompletnie nie wiesz kiedy przyjdzie. Bierze cię z zaskoczenia i wprowadza w stan błogiej euforii kiedy w ogóle się tego nie spodziewasz. "Odpływam" wtedy i delektuje się każdą sekundą... . Ok, to chyba pora na jakiś przykład, co? :) Jednego z najfajniejszych błogostanów doznałem na bajecznej wyspie Capri... .

Pewnego listopadowego poranka znalazłem się z trójką znajomych w porcie w Neapolu we Włoszech w celu złapania promu na Capri. O samym Neapolu napiszę jeszcze w osobnej notce, gdyż miasto naprawdę godne jest powiedzenia "Zobaczyć Neapol i umrzeć...".  Capri - cudowna wyspa leżąca w Zatoce Neapolitańskiej na Morzu Tyrreńskim. Ulubione miejsce pobytu cesarzy rzymskich Oktawiana Augusta i Tyberiusza, którzy byli zachwyceni jej rajskimi walorami. Musiałem się po prostu przekonać o tym osobiście. Po leniwym rejsie po wodach zatoki pod czujnym okiem Wezuwiusza dotarliśmy do Mariny Grande i zaczęliśmy wspinać się malowniczymi ścieżkami na główny plac miasteczka Capri (drugie na wyspie to Anacapri). Pierwszy raz w życiu widziałem luźno rosnące sobie drzewa cytrusowe, jak u nas dąb, czy kasztan. Nic nie stało na przeszkodzie, aby pozrywać sobie parę cytryn (jedna nawet wróciła ze mną do Polski). Na placu, który miał formę tarasu, akurat grała raźno lokalna orkiestra w strojach ludowych. Z samego tarasu rozciągał się niesamowity widok na wyspę.
Widok z tarasu na wyspę. Fotka robiona jeszcze poczciwym kodakiem na kliszę :)
Dobra, posłuchali muzykantów pora ruszać w dalej. Stanęliśmy na rozstaju dróg i kombinujemy co dalej. Może wypożyczyć skutery i zobaczyć ruiny willi Tyberiusza? (nie mieliśmy zbyt dużo czasu do odpłynięcia promu...). Zobaczyliśmy wtedy małe schody prowadzące pomiędzy prywatnymi willami mieszkańców w dół ku morzu. Idziemy! Schodów trochę było, ale doprowadziły nas do cudownej małej kamienistej plaży. Cisza, zero turystów, turkusowa woda, mały sklepik z tubylcami sączącymi piwko, temperatura już około 25 stopni. Wywiązał się szybko dialog pomiędzy mną i przyjacielem Dr A.:
- kurde, ale bym se popływał...
- noooo, mamy listopad, ale w sumie ciepło jest...
- woda też powinna być ciepła jeszcze po lecie...
- kurde nie mamy kąpielówek, ani ręczników...
- hmm można wykąpać się w gaciach, a potem wytrzeć T-shirtem...
- i co potem? bez gaci?
- ....
- KTO OSTATNI W WODZIE TEN STAWIA PIWO!!!!
Ahhhh, woda była cudowna!!
Po wyjściu z wody, wytarciu się T-shirtem i nałożeniu jeansów na gołe dupy poszliśmy do sklepu po piwko. Wróciłem, położyłem się na plaży i....BENG!!!!!!! Błogostan !!! Uczucie niesamowitego szczęścia rozlało się po mnie niczym mleko po kuchence, kiedy chcę zrobić budyń. Słonko świeci, piwko w ręku, moja głowa na kolanach pięknej dziewczyny, CAPRI DO CHOLERY!!! Ahhh życie jest piękne. Jak zamykam oczy to pamiętam ten moment jakby to było wczoraj... . 

Widok z "naszej" plaży.
Niestety błogostan ma ten minus, że szybko przemija. Tym razem wyrwało mnie z niego burczenie w brzuchu. Pora coś zjeść - pizza time! Trzeba znaleźć fajną knajpkę. Jedna wpadła nam w oko - cóż to był za strzał w dziesiątkę! Wchodziło się z ulicy, ale cała sala była wielkim tarasem wystającym z góry, mającym pod sobą całą wyspę. O widokach nie muszę wspominać. Powitał nas nawet manager czystym "Dzień dobry". Mimo, że nie była to najtańsza pizza w moim życiu (policzyli nam nawet jak ktoś wziął ze stołu ozdobną chusteczkę, aby wytrzeć buzię), to było warto. Słońce powoli schowało się za górą, zaczął wiać zimny wiatr, a my z Dr A. bez gaci i T-shirtów. Pora była wracać do Neapolu... . 

Capri urzekła nas całą sobą, mimo tego, że nie udało nam się zobaczyć całej wyspy. Niesamowite widoki, wspaniały klimat mimo listopada, życzliwi mieszkańcy. Wiele dałbym, aby na tej wyspie postawić sobie letnią willę i spędzać w niej wakacje, niczym rzymscy cesarze. Mimo, że minęło już dużo lat od wizyty, dalej wiele niesamowitych widoków mam przed oczami. Polecam każdemu wybrać się tam chociaż raz w życiu. Ja na pewno tam jeszcze wrócę.

PS. Podróżniczy błogostan jeszcze nie raz pojawi się w moich opowieściach. Czytelniku, bądź czujny! :)

15.03.2013

Jak kupić bilety w Eskişehir

Eskişehir to miasto w północno - zachodniej Turcji, które pod względem turystycznym nie wyróżnia się niczym szczególnym. Zostało ono prawie całkowicie na nowo odbudowane po wojnie o niepodległość zakończonej w 1922 roku, więc zbyt wielu zabytków tam nie uświadczysz. Jak czasami utnę sobie pogawędkę w pracy z tureckimi gośćmi i kiedy mówię, że byłem w Eskişehir, to robią wielkie oczy i pytają "Po kiego żeś tam pojechał?" No właśnie, po co ja tam pojechałem? :)

Eskişehir jest znane w Turcji jako potężny ośrodek uniwersytecki. Uniwersytety Osmangazi i Anadolu tworzą ogromny campus, który jest miastem w mieście. Oddział organizacji studenckiej, której byłem wtedy członkiem, organizował zjazd statutowy. I tak oto znalazłem się w Eskişehir. Sam campus dzieli się na dwie części, które przedziela baza lotnictwa armii tureckiej. Otoczony jest murem, każdej bramy strzeże uzbrojony po zęby strażnik, wszystko co potrzebne do życia jest na miejscu. No ale nadeszła ta chwila, że trzeba było wyjść poza campus, pozwiedzać samo miasto i przede wszystkim kupić bilety na autobus do Stambułu, skąd miałem ze znajomymi samolot. To drugie okazało się zadaniem dość karkołomnym...
Jeden z pomników na campusie.
Ze Stambułu do Eskişehir jechaliśmy autokarem. Nazwy firmy nie pamiętam, więc na potrzeby opowieści nazwijmy ją KebabLines. Bilety były na naszą kieszeń, autokar luksusowy, obsługa na pokładzie, kawka, herbatka, poduszeczka, poczęstunek dla Pana? Każdy dostał też jednorazowe słuchawki do podpięcia do zagłówka przed sobą z panelem, gdzie można było wybierać tureckie radia albo pokładowe tv (Keanu Reeves wyznający miłość Sandrze Bullock po turecku - bezcenne). Zrozumiałe było więc, że chcemy wrócić autokarem KebabLines. No dobra trzeba tylko znaleźć jego biuro w 600 - tysięcznym mieście. Nic prostszego, wystarczy spytać przechodniów. BŁĄD!!! Jakkolwiek na campusie nie było z tym problemu to poza NIKT, absolutnie NIKT, nie mówił po angielsku. Każde zapytanie trafiało na mur szeroko otwartych oczu i miłych uśmiechów. Po ponad godzinie zwiedzanio - szwędania się trafiliśmy na biuro konkurencji - GyrosLines. Pani uśmiechnięta, zero kumy po angielsku of course, ale jakoś udało się wytłumaczyć o chodzi. Zapodana cena okazała się dużo droższa niż u KebabLines, co dla wtedy biednych studentów miało znaczenie. No ale cóż, nie mieliśmy wyboru. Bilety wypisane, wyciągamy €€€, a pani "No, no, no. Turkish lira". Świetnie, teraz trzeba znaleźć kantor. Do tej misji oddelegowany zostałem ja i przyjaciel Dr A. Reszta poszła na kawę, a pani powiedzieliśmy, że wrócimy z Turkish lira jak tylko wymienimy.
Eskişehir perłą Turcji to nie jest, ale jak ktoś będzie w pobliżu to warto zajechać.
Currency exchange point - oczywiście nikt nie wie co to. Trochę się pobłąkaliśmy i wtedy naszło olśnienie - idźmy do banku. Znaleźliśmy, wchodzimy, a tam luda jak na Placu Św. Piotra po konklawe. Matko, nasz numerek pokazał, że przed nami z 50 osób. Dobra, nie ma czasu, podbiłem do pracownika banku przy biurku i tłumaczę na szybko o co chodzi czując na sobie morderczy wzrok petentów. Pani oczywiście zero po angielsku, ale zrozumiała, powiedziała coś gościowi, którego obsługiwała i wymachała nam, że mamy poczekać. No to czekamy. 5 minut. 10 minut. 20 minut. Zieeeeew. W końcu klient brodacz wstaje i macha nam żebyśmy szli za nim. Idziemy, idziemy, prowadzi nas przez jakieś ciemne uliczki. Patrzymy po sobie z Dr A. ale idziemy. Wtedy nagle wyłania się zza rogu...biuro KebabLines!Ale brodacz idzie dalej. Po 15 minutach pokazuje nam palcem - kantor! Specjalnie szedł z nami taki kawał żeby pokazać nam kantor! Techekur ederim!! Po 1,5h mamy Turkish lira i szybka decyzja - olewamy GyrosLines i idziemy do KebabLines. Znajomi już na serio byli zaniepokojeni i chcieli dzwonić gdzie jesteśmy. Jeszcze tylko trzeba było na migi wytłumaczyć Paniom z biurze co chcemy i GREAT SUCCESS!! Po 4h bilety kupione.
W Eskişehir jest duży bazar przypraw. Mnogość zapachów wprawiała w pozytywny zawrót głowy.
Żeby to uczcić postanowiliśmy zjeść obiad w lokalnej knajpce. Znaleźliśmy jakąś po kilkunastu minutach, wchodzimy, kelner wita nas po turecku. Kiedy orientuje się, że my cudzoziemcy znika. Pojawia się odpicowany główny manager lokalu, wita każdego z osobna i zapraszam do najlepszego stolika. Uśmiech mu z twarzy nie schodzi, co chwilę zakręca czarnego wąsa, zaraz chyba pęknie z dumy. Chyba cudzoziemcy to rzadki widok w jego progach :) Pokazałem na ruszcie, że chcę 2 sztuki adana kebab, co by z kasą nie popłynąć. Dostałem je. Leżące na milionie dodatków wysypujących się z talerza. Z grzeczności nie protestowałem :) Cały czas mieliśmy na skinienie 4 kelnerów. Obżarliśmy się wszyscy nieziemsko, rachunek był komicznie niski. Pozwoliło to zostawić fajny napiwek, co wprawiło managera niemal w ekstazę. Kłaniał nam się do samych drzwi i zapewniał, że zawsze będziemy tu traktowani po królewsku. Miłe zakończenie odysei biletowej. Pora była wracać na campus na wieczorną imprezę :)

13.03.2013

Czytamy! - Rowerem przez pół Azji.

Czytam w miarę dużo, ale książki o tematyce podróżniczej to pochłaniam. Jedną za drugą. Jak skończę jakąś to od razu rozglądam się za następną. Pomagają mi one na chwilę oderwać się od codzienności i jarać się jak dziecko planując w głowie kolejne wyprawy.

Dlatego co jakiś czas będę publikował krótką notkę, pod roboczym tytułem "Czytamy!", na temat książki podróżniczej, którą właśnie skończyłem czytać. Rzucę garść czysto subiektywnych refleksji, zakreślę istotę książki, poznęcam się nad autorem, albo powychwalam go pod niebiosa niczym wytrawny krytyk literacki, do którego mi daleko. Jednak zawsze nadrzędnym celem całej "serii" będzie zachęcić Was do sięgania po książki z półki "Podróże". Jeżeli choć jedna osoba tak uczyni, to już uznam to za sukces :) 

Na dzień dobry zaczniemy od książki "Rowerem przez Chiny, Wietnam i Kambodżę" Robba Maciąga.
Foto za merlin.pl
Pewnie pomyśleliście sobie, że gość siedział sobie w domu i pewnego dnia postanowił wybrać się na przejażdżkę po Azji rowerem. Załatwił super sprzęt, trenował 2 lata itp. Ja tak pomyślałem. Otóż nie. Facet poleciał odwiedzić do Chin swoją żonę, która przebywała tam na jakimś stażu. Na miejscu okazało się, że "ktoś już wcześniej zajął moje miejsce, a ja tylko przeszkadzam." Co zrobił? Kupił pierwszy lepszy chiński rower, zapakował co mógł w plecak i ruszył na, jak się okazało, 7000 - kilometrową przejażdżkę.
I to mi się spodobało w tej książce - nie jest to typowy reportaż z podróży. Jest to bardziej pamiętnik osoby, która próbuję odnaleźć ponownie spokój w życiu poprzez niesamowitą wyprawę przez obce kraje.
Sama książka ma niecałe 200 stron z czego 1/3 to zdjęcia i czyta się ją na raz. Można to potraktować jako zaletę lub wadę. (dla mnie akurat była to wada, bo po skończeniu miałem dalej w perspektywie 5h w pociągu i żadnej innej książki...). Nasz kolarz śmiało pedałuje przez m.in. prowincjonalne Chiny, gdzie ma się wrażenie, że czas zatrzymał się wokół miski ryżu. Mimo to cały czas znajduję się pod nieustanną obserwacją ciekawskich tubylców, co po pewnym czasie doprowadzi autora do takiej irytacji, że poczuje ulgę wjeżdżając do Wietnamu. Opisy są ciekawe, ale moim zdaniem ZA KRÓTKIE!! Momentami aż się prosi aby podać więcej szczegółów, rozszerzyć wątek, czy dopisać te kilka zdań więcej. Ale to kwestia gustu. Plusem niewątpliwie są zdjęcia pokazujące dokładnie to co widział autor - bez żadnego retuszu i zadęcia. Na konkursie National Geographic furory by nie zrobiły, ale idealnie wpasowują się w klimat wędrówki.


Podsumowując według mnie książka jest idealna na jeden wieczór w kapciach z kubkiem gorącego kakao. Mimo tego, że niesie za sobą pewne przesłanie i autor czasami filozofuje, czyta się ją lekko i szybko. Na koniec zostawia czytelnika z pozytywnym nastawieniem do życia, które Robb Maciąg odzyskał dzięki swojej wyprawie. "Zawsze trzeba iść do przodu. Tylko to ma jakikolwiek sens".

PS. Na rynku jest też książka tego samego autora "Rowerem w stronę Indii". Jeszcze jej nie dorwałem, ale planuję jak najszybciej zmienić ten stan rzeczy.

11.03.2013

Autostopem po Gozo

Malta - cudowny kraj na Morzu Śródziemnym. Małe państewko składające się z trzech wysp: największej Malta, średniej Gozo i najmniejszej Camino. Udałem się tam na przełomie kwietnia i maja 2007 roku. Na samolot udało mi się uzyskać dofinansowanie z uczelni. Na miejscu znajomi załatwili nocleg w 4-gwiazdkowym hotelu za 15€/noc. Wspaniała pogoda, przygód co nie miara - aż za dużo na jedną notkę, dlatego w tym wpisie chciałbym opowiedzieć jak to straciłem swoje autostopowe dziewictwo na wyspie Gozo. No to ruszajmy...

9 rano - stawiamy się z grupką znajomych na promie na Gozo. Już jest 27 stopni, a to dopiero poranek! Prom płynął leniwie po błyszczącym w słońcu morzu i po 20 minutach stajemy na brzegu. Pierwszy cel - Czerwona Plaża po drugiej stronie wyspy. Mapa pokazuję, że kilka km w linii prostej. Czego nie pokazuję to wielkiej góry, którą trzeba przejechać/objechać. Znajomi decydują się na wypożyczenie auta. Za to ja z koleżanką wpadamy na inny pomysł - żadne z nas NIGDY wcześniej nie łapało stopa. Więc dlaczego właśnie nie spróbować na Gozo?:)

Kierowca nr 1
Początek łapania niezły - kilku miejscowych guido oferujących podwózkę tylko mojej koleżance. Po 10 minutach zatrzymuje się uśmiechnięty wąsacz i proponuje podrzucić na czubek góry, gdzie mieszka w miasteczku. Po drodze jak dowiaduje się żem z Polski ożywia się niebywałe. Wychwala Polaków pod niebiosa. Jego najlepszy przyjaciel to Polak. "Poles are the most hospitable people I`ve met". Miło usłyszeć takie coś tysiące kilometrów od kraju :). Na koniec daje mi własnoręcznie wydaną mapkę okolicznych ścieżek edukacyjno - ekologicznych. Mam ją gdzieś do dziś!
Kierowca nr 2
Z czubka góry trzeba się jakoś dostać na plażę na dół, gdzie prowadzi polna drogą, którą nikt nie jeździ. W miasteczku zatrzymuję się wesoły grubasek, który jest tak zdziwiony obecnością autostopowiczów, że zawozi nas na samą plażę. No to chop do wody!
Kierowca nr 3
No dobra, ale teraz trzeba z tej plaży dostać się do głównego miasta Gozo - Vittorii...po drugiej stronie góry. A na plaży żadnego auta. Marsz tak na 2h w 35 stopniach. Nagle z plaży schodzi 3 muskularnych tubylców i odpalają stojącego za krzakiem starego pick -upa i kiwają żebyśmy wskakiwali na pakę. No to siup i jedziemy...jakąś dziwną ścieżką. Po prawej ściana ze skał i wielkich kaktusów, a po lewej przepaść. ŻEGNAJ OKRUTNY ŚWIECIE!! Ograbią nas z kasy, a zwłoki wrzucą do przepaści!! Miałem niezłego cykora... Kiedy nagle po 5 minutach wyjeżdżamy na...znak Vittoria!! Pojechaliśmy tylko tym gościom znanym skrótem dookoła góry!! Na do widzenia pokiwali przyjaźnie i odjechali. A ja majtki prawie do prania...
Kierowca nr 4
Vittoria - urokliwe miasteczko, wyśmienity obiadek. Na placu obok katedry pomnik Jana Pawła II. Kolejny przystanek - Lazurowe Okno kilka kilometrów na zachód. Szybko łapiemy stopa. Maltańczyk zamiast Poland usłyszał Holland i zaczął opowiadać, że najlepsze chwilę swego życia spędził w Amsterdamie :) Nie wątpię.
Kierowca nr 5
Jesteśmy na miejscu. Lazurowe Okno robi przeogromne wrażenie!! Można zejść pod nie, jak i wejść na nie. Obok miejscowi za drobną opłatą wąską jaskinią w górze wypływają małą łódką w morze gdzie można podziwiać Okno i koralowce na skałach. Pora wracać jednak na prom na Maltę, a to Okno też na niezłym zadupiu komunikacyjnym. Wtedy nagle widzimy grupkę takich turystycznych jeepo - meleksów wracających z niedalekiej plaży. Generalnie za takie coś się płaci, ale jeden z kierowców zgodził się nas zabrać za darmo. Ehh najlepsza część dnia - przejażdżka na odkrytym tylnym siedzeniu, wiatr we włosach, szum morza...

I tak znaleźliśmy się z powrotem na promie. Dzień NIE-SA-MO-WI-TY. Znajomi, którzy wynajęli auto żałowali jak opowiadaliśmy. Zaryzykowaliśmy z autostopem nie mając żadnego doświadczenia i nie zawiedliśmy się. Od tego wyjazdu już regularnie korzystałem z autostopa zwiedzając obce kraje, ale to już opowieści na kolejne notki :)))

Skąd mi się to wzięło??

No właśnie skąd mi się wzięła ta cała pasja do podróżowania?
Dotychczas w swoim 28 - letnim życiu udało mi się postawić stopę w 16 różnych krajach, co uważam za wynik niezły biorąc pod uwagę, że całe moje podróżnicze doświadczenie do 19 roku życia to jeden dzień w Berlinie i 2 kolonie w Czechach przy polskiej granicy. Dupy nie urywało.
Sprawy nabrały rozpędu kiedy zacząłem studiować w Zielonej Górze. W pierwszych miesiącach trafiłem na spotkanie organizacji Europejskie Forum Studentów AEGEE i już w maju 2005 miała miejsce moja pierwsza podróż z prawdziwego zdarzenia - do Holandii. No i po tej eskapadzie wpadłem jak śliwka w kompot.
Po raz pierwszy w życiu trafiłem w miejsce odmienne kulturowo, tak bardzo różniące się od mojej codziennej rzeczywistości. Pamiętam jak dziś szok wywołany widokiem miliarda rowerów, degustowanie coffee w "kawiarniach", uśmiechniętych i wyluzowanych Holendrów z tymi ich irytującymi małymi kubkami  0.2l na piwo, ludzie nie macie porządnego kufla????? Mój poczciwy Kodak na klisze (świeć Panie nad jego lampą błyskową) nie nadążał robić fot. Coś wspaniałego, INNEGO! No i klops, było po mnie. Wiedziałem, że już w domu nie usiedzę zbyt długo i zaczęło się moje podróżowanie, które trwa do dziś.
Pierwsze "zachłyśnięcie" się światem. Enschede/Holandia.
Generalnie jak siedzę na miejscu dłużej niż miesiąc to mnie już nosi. Muszę ruszyć wtedy tyłek gdziekolwiek! Choćby do kochanych rodziców do rodzinnej Zielonej Góry, czy do przyjaciół w Poznaniu. Niestraszne mi wtedy nawet czerwone dechy, które szumnie noszą nazwę siedzenia, w pociągach kochanego PKP. Najgorzej cierpiałem kiedy z powodu dużych zmian życiowych nie byłem nigdzie przez połowę 2010 i cały 2011. Nadrobiłem z nawiązką w 2012 odwiedzając 3 nowe kraje :)
Jak lubię podróżować?? Zawsze tak aby poznać dany kraj, dane miejsce, od strony, której nie znajdziesz w turystycznym folderze. Oczywiście ważnych zabytków, miejsc itp. nie omijam, ale nie ma nic lepszego niż zjedzenie lokalnych specjałów w barze gdzie chodzą miejscowi, złapanie z nim wspólnego języka, wypicia zimnego piwka na plaży, o której istnieniu powiedział ci poznany wczoraj tubylec. Obiad u hiszpańskiej rodziny, herbatka z Turkiem w Stambule, który kiedyś handlował futrami w Gdańsku, tradycyjne mołdawskie wesele, szaleństwo z rumuńskimi muzykami rockowymi, smażone wodorosty na Słowenii. I wiele, wiele innych sytuacji, o których na pewno przeczytacie na tym blogu. TO jest PRAWDZIWE podróżowanie!! To jest podróżowanie, bez którego jestem chory. To są podróże, którymi chcę się podzielić z Wami na tym blogu :))
Mam nadzieję, że nie zakończyliście czytanie mojej pierwszej notki w takiej pozycji.