19.01.2015

Wielka popijawa na Oktoberfest + nie do końca bajeczny zamek

"O`zapft is!", czyli "Odszpuntowana!" - tymi słowami premier Bawarii ogłasza otwarcie pierwszej beczki i rozpoczęcie w Monachium największego chlania piwa na świecie, czyli Oktoberfest. Chyba nie ma osoby, która by nie słyszała o tym święcie piwa. Co roku przez 3 tygodnie na przełomie września i października Bawarczycy i turyści wypijają ok 5 milionów litrów piwa. 

Ja fanem piwa jestem wielkim. Interesuje się nim na co dzień, mam z nim do czynienia zawodowo. Wizyta na Oktoberfest od niepamiętamkiedy była na mej życiowej liście marzeń małych i dużych. Zawsze widząc w Teleexpresie zajawkę, że impreza się zaczyna, mówiłem sobie w duchu:"Pewnego dnia, pewnego dnia...". Nie ukrywam, że główną przeszkodę stanowiły pieniądze. Po prostu wiedziałem, że jeżeli już tam pojadę, to chce się cieszyć tym świętem na całego nie patrząc w portfel, co przy cenie piwa 10€ nie do końca było łatwe do zrealizowania. Pierwsze światełko w tunelu pojawiło się ponad 2 lata temu, kiedy para moich wspaniałych przyjaciół Natalia i Rafał przeprowadziła się do Monachium. Podczas moich pierwszych odwiedzin w listopadzie 2013 zapewnili, że na nocleg u nich zawsze mogę liczyć. Super! Odpada koszt noclegu! No to się zawziąłem i podjąłem decyzję: w 2014 atakuję Oktoberfest!!! Zaklepałem sobie urlop w pracy na rok wprzód, zacząłem odkładać małe kwoty na ten cel i stało się - 2-go października 2014 wyruszyłem do Monachium!

BlaBlaCar, 25€ i po 7h jazdy z Wrocka wczesnym popołudniem zameldowałem się w stolicy Bawarii. Musiałem poczekać, aż Natalia skończy pracę, więc od razu skierowałem się do centrum. Lubię Monachium. Nie wiem skąd to się bierze, ale dobrze czuje się w tym mieście i bez problemu potrafię się w nim odnaleźć. Co by zbytnio nie tracić czasu zgadnijcie jaki był mój pierwszy zakup ;)



Potem szybkie metro do chaty przyjaciół, przywitanko & wyściskanko. W tym dniu już nie było szans dostać się do oficjalnego namiotu piwnego, ale postanowiliśmy wyskoczyć choć na chwilę na oficjalny teren Oktoberfest. Natalia zaproponowała:
- Idziemy na befora do kumpla Polaka. Znasz może Marka ze Szczecina?
- Pewnie, był z nami w organizacji studenckiej. Daaaawno go nie widziałem.
- Jest teraz wicekonsulem w Monachium!
What? haha świat jest mały czyż nie? ;)
Idąc do Marka przez centrum tłum gęstniał z każdą chwilą. Musieliśmy przejść przez zamknięty dla ruchu most, na którym stał rząd policyjnych kabaryn. Na początku myślałem, że się przesłyszałem, ale z jednej z nich leciało z głośników na dachu stare dobre niemieckie techno, a w środku siedział policjant - dj. Miał nawet małe strobo!! Jak pragnę szczęścia mojego kanarka - scena była dla mnie tak surrealistyczna, że przez 15 minut nie mogłem przestać się śmiać :))
Szybki browarek u Marka i dzida na Theresienwiese - oficjalny teren Oktoberfest. Mimo, że było już po 22 to tłum był nieprzebrany. Dzień później Niemcy mieli dzień wolny z okazji obalenia Muru Berlińskiego, więc mimo czwartku długi weekend zaczął się na dobre. I o to jestem:


Willkommen!! Pierwsze co się rzuca w oczy, a w zasadzie to w nos, to...zapach szczyn i rzygów :) Niestety wchodząc przez bramę zostajemy przywitani miksem wykwintnych zapachów, potokiem piwa i sików, co chwile trąca nas ktoś najebany, albo my się potykamy o takowego leżącego na ziemi. Ktoś kto ma idealistyczny obraz z TV może być nieźle zszokowany. Ja jednak byłem na to przygotowany. Przeszliśmy szybko przez cały teren i skierowaliśmy się do bawarskiej knajpy, gdzie spokojnie mogliśmy się napić i pogadać. Na właściwą wizytę na Oktoberfest ustawiliśmy się na sobotę już większą ekipą.

Pierwsze massy za płoty

No ale przed sobotą jeszcze wolny piątek, więc z Natalią i Rafałem zdecydowaliśmy się pojechać zobaczyć legendarny i bajeczny Zamek Neuschwanstein. Wpiszcie go sobie w grafikę google - robi wrażenie co? Jest położony ponad 100 km od Monachium, ale po zjechaniu z autostrady jedzie się przez malownicze bawarskie wioski jak z obrazka. Pogoda była wspaniała, więc liczyliśmy na cudowne widoki. Była do czasu. Będąc już prawie na miejscu słońce zastąpiła nisko wisząca mgła i tyle z cudownych widoków. Żeby dostać się do zamku trzeba zajechać do wioski Hohenschwangau. Przywitała nas ona...staniem w korku do miejsca parkingowego. Pierwsze wrażenie po zobaczeniu zamku z dołu?
- Ej to ten? coś mały.
Bez kitu. Żadnego łał, na które liczyłem. Okazało się, że zamek ma niecałe 150 lat, jest w ogóle niedokończony, szary, bury i bez wyrazu. Wspięcie do niego zajmuje ok 30 minut. W środku mały dziedziniec zapchany turystami i tyle. Na wejście do środka nie było szans - trzeba najpierw zarezerwować bilety (to zrobiliśmy), a potem stać w olbrzymiej kolejce, żeby je odebrać (podziękowaliśmy - słuszna decyzja). Jedyne co jest wspaniałe po wejściu na górę to widoki, np taki:


Na koniec wyszło na chwile słońce, więc skusiliśmy się na mały wypad rowerem wodnym po alpejskim jeziorku. W pewnym momencie odwróciłem się i spojrzałem raz jeszcze na zamek, na który padały promienie słońca. I wiecie co? Chyba trochę zrozumiałem dlaczego niektórzy uważają ten zamek za bajeczny, a Disney zrobił z niego kalkę. 



Dobra, ponarzekałem jak polaczek, ale nie pojechałem do Bawarii dla zamku. Nadeszła sobota - pora na prawdziwe Oktoberfest!!! Generalnie teren Oktoberfest to oficjalne namioty piwne, wesołe miasteczka, stragany itp. Główna popijawa ma miejsce w namiotach, które mogą pomieścić kilka tysięcy ludzi. Mimo to dostanie się do nich graniczy z cudem. Rezerwacje robi się rok w przód, kosztują astronomiczne pieniądze. Zabawa zaczyna się o 9 rano i trwa do nocy. Często rezerwacje dostaję się tylko na kila godzin w określonych przedziałach czasowych. My oczywiście rezerwacji nie mieliśmy, ALE. Rafała kumpla z pracy dziewczyna znała ponoć kogoś z obsługi jednego z namiotów, kto może nam załatwić miejsce. Spotkaliśmy się o 13 i podeszliśmy na tyły namiotu (z przodu tłoczy się zawsze dziki tłum liczący na miejsce z fuksa). Czekała tam na nas sama jedna z menagerek namiotu! I takim oto sposobem od 14 mieliśmy miejsce w samym sercu namiotu bez limitu czasowego! Niech się zacznie wielkie picie!!!


Na Oktoberfest normalne piwo to litrowy mass (małe to 0.5l), który kosztował 10,05€, ale zawsze dawałem 12€ z napiwkiem dla kelnerki. Talerz jedzenia to koszt 12€ - 20€, a jeść trzeba, żeby się za szybko nie załatwić, a o to jest bardzo łatwo, bo piwo wchodzi szybko i przyjemnie. W samym namiocie jest jak w ulu, ale organizacja jest wzorowa. Na piwo nie czekałem dłużej niż kilka minut, jedzenie było ciepłe i smaczne, do kibla męskiego w ogóle nie było kolejek. Na środku namiotu stał wysoki podest, na którym czadu dawała orkiestra grając muzykę bawarką, ale i hity z satelity. Czy kelnerki naprawdę mają wielkie cycki? Tak, ale nie wszystkie :) Czy noszą 8/10 litrowych kufli w jednym ręku? Tak, robią to bez mrugnięcia okiem i rozlewania. Czy byłem ubrany w bawarski strój? Niestety skórzane spodnie tzw. leterhose, są horrendalnie drogie, ale koszule w kratę w bawarskim style można dostać bez problemu wszędzie, więc się w takową zaopatrzyłem jeszcze w Polsce. Dobra, tyle ze strony technicznej. Jak wygląda sama zabawa? Ano tak:


Niczym nieskrępowane, radosne, pijackie party! Chcesz potańczyć na stole? Proszę bardzo! Nie znasz nikogo ze stołu obok? 2 piwa i już znasz. No i piwo, piwo i jeszcze raz piwo, hektolitry piwa!! Po 3 massie już miałem w czubie - musiałem zamówić talerz kiełbas i mały kufel wody. A potem drugi kufel wody i sporo potańczyć. Po niecałej godzinie przerwy byłem gotowy na czwartego massa. 





Tego co tam przeżyłem po prostu nie da się opisać. Trzeba tam po prostu być. Po czwartym piwie mój stan umysłu najlepiej oddaje to przypadkowe zdjęcie:


Nie będę ukrywał - byłem już wtedy nieźle nawalony, ale jeszcze ogarniający kuwetę. Zrobiła się już godzina 20, większość grupy już odpadła/poszła do domu. Postanowiliśmy z Rafałem wyjść z namiotu zaczerpnąć świeżego powietrza i przejść się po Theresienwise. I wtedy Rafał sięgnął do kieszeni. Odnalazł tam talon na kurczaka z innego namiotu, gdzie był tydzień wcześniej z pracy. Postanowiliśmy wbić do tego namiotu na pałę. Podbiliśmy do ochroniarza z boku, żeby nas wpuścił, bo my tylko na fajkę wyszliśmy, że tu siedzimy, a ten talon to dowód. Ochroniarz...przybił na pieczątkę i weszliśmy do środka. To był generalnie błąd hehe. Rafał chciał wykorzystać talon, ale o suchym pysku będziemy jedli? No to poszedł piąty mass. Powrót po 22 do domu pamiętam przez mgłę. Jak przez mgłę pamiętam tez, że tańczyłem na stole, z którego zleciałem potrącony wylewając na siebie czyjeś piwo. Cóż, wieczór zakończył się z przytupem, ale chyba trochę się tego spodziewałem ;))



Drugi odwiedzony namiot

Poranek następnego dnia nie należał do najprzyjemniejszych... Poza oczywistymi względami dostałem również info, że nie mam jak wrócić do domu, bo ustawiony blablacar odwołał wyjazd. Więc zamiast 25€ i 7h autem, musiałem wracać wieczorem autokarem za 60€ i 13h w trasie... .Na szczęście pogoda dopisała i moi przyjaciele wzięli mnie jeszcze nad Starnberger See, gdzie mogłem spokojnie sobie poumierać przed podróżą.



Podsumowując. Jeżeli chcesz jechać na Oktoberfest nastaw się na:
  • Picie. Jeżeli chcesz jechać tylko zobaczyć i się nie napić to sobie odpuść. Czy to się komuś podoba, czy nie, jest to święto alkoholu i abstynent nie wyniesie z niego żadnej frajdy,
  • Jeżeli nie masz znajomych w Monachium zacznij myśleć o wyjeździe rok wprzód pod kątem zaklepania miejsca w namiocie,
  • Napić w namiocie się musisz, jeżeli chcesz w 100% poczuć klimat Oktoberfest,
  • Przygotuj się na wydanie ok. 100€ w jeden wieczór,
  • Nastaw się, że będziesz oblany piwem, potrącony i będziesz musiał tańczyć na stole,
  • Chłoń klimat całym sobą!!! :)


I na koniec kilka zdjęć z zamku i Oktoberfest:










Tłum pod namiotem liczący na wejście fuksem








19.08.2014

Nurkowanie na Gozo, czyli jak spełnić marzenie, którego się nie miało

W trakcie edukacji w szkole podstawowej jest taki okres, że lekcje w - fu odbywają się na basenie. Ta szczytna idea ma na celu nauczenie kolejnego pokolenia Polaków pływać i wyłowić zarazem przyszłych mistrzów olimpijskich. Cóż, moja przygoda olimpijska skończyła się po kilku zajęciach, kiedy się rozchorowałem i do basenu nie wróciłem. Skutek? Nie umiem pływać. Jakoś tak się ułożyło, że nie nauczyłem się wtedy, jak i przez kolejne lata życia. Dlatego nigdy nie kozaczyłem i nie zapuszczałem się na głęboką wodę, przed którą czułem pewien lęk. Dlatego też na liście moich marzeń małych i dużych nie było nurkowania, a już na pewno nie było go w planie, kiedy wsiadałem na pokład samolotu na Maltę. Jednak podróże mają to do siebie, że jedno przypadkowe spotkanie może sprawić, że zrobisz coś, czego jeszcze kilka minut temu za żadne skarby byś nie zrobił :)

Początek całego zamieszania opisałem w notce o zwiedzaniu Gozo rowerem, którą znajdziecie --> TUTAJ . Przeczytajcie najpierw koniecznie! Dojdziecie tam do akapitu, gdzie razem z Larą poznajemy Mike`a i Majkę. Jak pisałem Mike zaproponował nam i naszym rowerom podwózkę do Rabatu. Podczas jazdy zaczął przechwalać się, że jak nurkować to tylko z nim, że inne szkoły idą na ilość, nie na jakość itp. Biła przy tym od niego niesamowita pewność siebie. Spytałem się po polsku Majki, czy to tylko czcze gadanie, czy naprawdę jest taki dobry. Majka bez zawahania potwierdziła, że jest najlepszy, i że specjalnie przyjechała tu z powrotem pracować tylko u niego. Poczułem wtedy specyficzne ukłucie w głowie - podświadomie wiedziałem już, że chce to zrobić, ale jak to, przecież nie umiem pływać! Zapytałem Mike`a :
- Mike, wszystko super, ale mam proste pytanie. Nie umiem pływać i boję się głębokiej wody. Mogę mimo to nurkować?
- Pewnie Maciej, nie ma żadnych przeciwwskazań.
I wtedy już wiedziałem, że chce to zrobić. Że zawsze chciałem to zrobić. Że było to moje marzenie, którego nie miałem, bo schowane było za strachem przed wodą. Wiedziałem, że teraz, albo nigdy. Lara przystała ochoczo i dwa dni później byliśmy z powrotem na Gozo.

Prom z Malty miał opóźnienie 20 minut, ale Mike czekał na nas i od razy zawiózł do swojego domu, gdzie w ogromnym garażu mieściła się jego szkoła nurkowania. Nurkować miała tylko nasza czwórka. Spisałem testament i Mike zabrał się do obrabiania dwójki nowicjuszy (Lara, chodź doświadczona surferka, też wcześniej nie nurkowała). Wszystkie zasady nurkowania tłumaczył tak przejrzyście, że po niecałej godzinie mieliśmy już wszystko opanowane w małym palcu. 

Szkoła Mike`a

Mike stwierdził, że to jedyne ryby, które dziś zobaczymy, więc zrobi nam fotę

Potem jeszcze dopasowanie stroju. Jak założyłem cały kombinezon, zaczęło się pompowanie adrenaliny przez organizm - zaczęło do mnie docierać w co się pakuję. Mike zauważył naszą lekką nerwowość i zaproponował:
- Chcecie zobaczyć moją małą cziłałę? Słodki psiak
Jasne, dawaj ją tu. Szybkie zawołanie i słyszę wolne tu dum!tu dum!tu dum! F**k większego rottweilera to ja w życiu nie widziałem, ale przynajmniej nerwy lekko odpuściły :) Majka przyjechała, sprzęt gotowy i załadowany. Ruszamy!! Mike zaproponował miejsce, do którego dojazd jest tragiczny, ale rafa dość fajna do nurkowania dla nowicjuszy. Fakt, dojazd był fatalny, rzucało niemiłosiernie, ale miejsce wyglądało fantastycznie. No to jedziemy z koksem!





Gotowy!
Po sekundzie w kombinezonie byłem mokry - słońce dawało niemiłosiernie. Wszedłem do wody, która wlewając się do środka dawała miłą ochłodę. No dobra, teraz najtrudniejsza część - próbne zanurzenie głowy z rurką do oddychania w ustach. Moje serce waliło tak, jakby chciało przebić materiał. I wtedy na prawdę cieszyłem się, że miałem obok siebie Majkę. Spokojnym i, co ważne, polskim głosem mówiła mi co mam robić. Pozwoliło mi to pokonać pierwszy strach i skupić się na zadaniu. Zanurzyłem się i...oniemiałem z zachwytu. Niesamowita przejrzystość dna morskiego, rybki, jeżowce itp. Zaraz, zaraz, czy ja o czymś nie zapomniałem? Ah tak, ODDYCHAJ!!! Hrhrhrhrhrhrhr, tfu i wynurzenie po kilku sekundach opity wodą. No nikt nie obiecywał, że będzie łatwo. Ja przerażony jak cholera. I po raz kolejny pomógł cudownie spokojny głos Majki. Zanurzyłem się ponownie i.. tak już zostało :) Przyjąłem prostą taktykę - nie myśleć o oddychaniu, tylko skupić się na podziwianiu piękna podwodnego świata. Powoli zaczęliśmy schodzić co raz głębiej. Mike widząc nasze spięcie co chwilę robił jakieś głupie sceny: to rwał wodorosty i przykładał do jajek, czy wykonywał podwodne wygibasy. Szybko zapomniałem o oddychaniu - szło samoczynnie. 

Pierwsze myśli po zanurzeniu

Drodzy czytelnicy. Podwodny świat jest przepiękny. Jest w nim coś innego, nie do opisania. Gdzie się nie spojrzysz to zachwyt. Niesamowicie kolorowe rybki, błękit wody, lekkość w unoszeniu się w niej. Coś nie do opisania słowami. 



Nawet się nie spostrzegłem jak znaleźliśmy się na 10 metrach głębokości. Nagle rafa urwała się jak ścięta nożem i przed nami pojawiła się bezkresna głęboka toń. Nagle Mike pokazał Majce środkowy palec i potem znak "ok". Majka zrewanżował się tym samym. Na to Mike wskazał na nas i na wprost bezkresnej toni i zapytał znakiem "płyniemy?" . Przeżegnałem się i pokazałem "Płyniemy!". Mike złapał mnie i Larę i zaczął powoli holować w nieznane. Przeżycie nie do opisania - czułem się jakbym latał. Potem powiedzieli mi, że nad naszymi głowami przepłynął statek, ale byłem tak oczarowany momentem, że nawet nie zauważyłem. Nagle w oddali zamajaczył kształt pojedyńczej skały, która wystrzeliwała z dna morskiego. Płynęliśmy właśnie do niej. Później Mike powiedział, że nazywa się Middle Finger (Środkowy Palec) i przeważnie nigdy nie zabiera tam nowicjuszy. To chyba nieźle mi szło jak na pierwszy raz ;) Na samym Środkowym Palcu było przepięknie - ławice ryb we wszystkich kolorach wokół nas, śmignęły nawet dwa wielkie tuńczyki.

Na czubku Palca
No cóż powietrze w butli nie sługa, więc trzeba było powoli wracać. Po drodze nagle Mike kazał nam uklęknąć w kółku na dnie i demonstracyjnie wyjął na chwilę ustnik z buzi. Potem zrobiła to Majka. Potem pokazał na mnie. Oooo nie! Na Palca popłynąłem, ale życiodajnej rurki nie wyjmuję. No to Mikę wziął mnie sposobem. Wyciągnął ustnik, podpłynął do Lary, dał jej buziaka i pokazał na mnie. O ty! Na męską ambicję wjeżdżasz? Zakląłem w duchu i zrobiłem tak samo. Udało się, ale myślałem, że umrę ze strachu. Potem jeszcze zostałem podjudzony żeby zrobić fikołka ;)



Godzina z hakiem prawie minęła, więc pora na wynurzenie. Po drodze jeszcze wymacaliśmy kilka gąbek (zupełnie jak kobiecy cycek ;) i jeżowiec ukłuł mnie w palec. A chwilę po wynurzeniu wyglądałem tak:


Pierwsze co zrobiłem po wynurzeniu to...pobiegłem siku. A potem po prostu chciałem krzyczeć całym sobą. To było NIE - SA - MO - WI - TE!!! Nie mogłem ustać w miejscu - adrenalina wciąż robiła swoje. Mike szybko zajął się moim kolcem w palcu (nie pytajcie jak). Zgodnie stwierdził z Majką, że jak na pierwszy raz oboje z Larą byliśmy świetni. Widział jak jestem cały czas przerażony (bo byłem, mimo tego całego piękna dookoła), mimo to co chwilę przełamywałem swoje lęki. Co chwilę powtarzał "amazing, amazing" :) Prosto z plaży zabrał nas do miasta i postawił po rogalu pastizzi. Potem zabrał nas do tradycyjnej lodziarni. Na koniec wróciliśmy do niego na chatę, gdzie zobaczyliśmy na gorąco zdjęcia, by potem zostać odwiezionym prosto na prom.

I to wszystko co właśnie napisałem nie miało by miejsca, gdyby nie przypadek. Wyobraźcie sobie, że podczas rowerowego zwiedzania Gozo robimy malutką zmianę w trasie, zostajemy 5 min dłużej na plaży itp. Nie wpadamy wtedy na Mike`a i Majkę pod Lazurowym Oknem. Nie mam wtedy za sobą tak niesamowitego doświadczenia. I jak tu nie kochać podróży? :)
Za cały dzień spędzony ze wspaniałymi ludźmi, ponad godzinę nurkowania i podwodne zdjęcia Mike skaskował 50€, co nie jest ani drogo, ani tanio. Ale nurkując z nim zyskujecie tzw. wartość dodaną, której nie dadzą wam inne szkoły na Malcie. To jest jego pasja, nie robi tego tylko dla kasy, ale przede wszystkim dla tejże samej pasji nurkowania. Mimo, że przez cały czas pod wodą byłem przerażony, to wiedziałem, że nic mi nie grozi, kiedy Mike i Majka są obok. Nie jesteś tam traktowany jako kolejny klient, tylko jak przyjaciel i kolejna "ofiara", którą trzeba zarazić nurkowaniem. Także jeżeli kiedykolwiek będziecie na Malcie to nurkowanie tylko z Next Dive :)

Z Mike`iem
Dla mnie osobiście nurkowanie sposobem na życie się nie stanie, ale to było coś tak wspaniałego, że na pewno jeszcze nie raz zejdę pod wodę. Polecam każdemu z czystym sercem, nawet tym nie umiejącym pływać :) Ja mogę za to skreślić z mojej listy marzeń kolejną rzecz, mimo że jeszcze 2 miesiące temu nie miałem pojęcia, że ona się na niej znajduję :) Pamiętajcie, kto podróżuje, ten dwa razy żyje!

18.07.2014

Odpust po maltańsku, czyli jak się bawić w imię św. Katarzyny

Każdy z nas chodź raz w życiu był na festynie parafialnym z okazji odpustu, czyli święta patrona danej parafii. Przaśne stragany, wata cukrowa, wujek Janusz z wąsami ociekającymi tłuszczem od kiełbasy z grilla, schola dająca czadu ze sceny - mniej więcej takie stereotypowe obrazki przesuwają nam się przed oczami. Co by jednak nie mówić takie wspomnienia należą raczej do tych pozytywnych. Nieoczekiwanie dla mnie, podczas mojego pobytu na Malcie, miałem okazję zobaczyć na własne oczy jak taki odpust świętuje się na tej małej śródziemnomorskiej wyspie.  

Podczas mojego poprzedniego pobytu na wyspie 7 lat temu poznałem kilku Maltańczyków, z którymi starałem się cały czas utrzymywać kontakt. Kiedy moja kolejna wizyta stała się faktem napisałem niezwłocznie do jednego z nich - Marco. Jedną z informacji, którą od niego uzyskałem było, że przylatuje idealnie w okresie tzw. "local fiestas", czyli lokalnych imprez organizowanych przez każde miasto/miasteczko/wieś na cześć ich świętego patrona. Od razu zaproponował, że zabierze mnie do jego rodzinnej miejscowości na taką właśnie fieste, gdyż idealnie odbywa się ona w terminie kiedy będę. Dwa razy nie trzeba było mnie namawiać. I tak pewnej słonecznej niedzieli znalazłem się z Marco i innym kumplem Alistair`em w miejscowości Żejtun.


Pierwsze, co się rzuca w oczy po przyjeździe do miasteczka to flagi. Są ich setki i są na każdym domu. Małe, średnie, duże i monstrualne. Dominujące kolory to zielony i czerwony. Już od pierwszych zabudowań wszędzie wiszą bogate i misterne dekoracje. Również z dominującym czerwonym i zielonym. Marco, jakby czytając mi w myślach, pośpieszył z wyjaśnieniami. Otóż każdy taki "odpust" skupia się oczywiście wokół osoby świętego, ale główną rolę odgrywają w nim tzw. "bands", czyli orkiestry. Taka orkiestra to coś więcej niż sami grajkowie - często jest to klub, wokół którego integruje się lokalna społeczność. Popieranie danej orkiestry często przechodzi z ojca na syna. Siedziba orkiestry to miejsce spotkań, jest bar, organizowane są różnego rodzaju imprezy kulturalne, na ścianach wiszą ozdobne płyty z nazwiskami dyrygentów i szefów orkiestry, gabloty wypchane są różnego rodzaju trofeami. W Żeljtun istniały dwie "bands" - czerwoni i zieloni, i właśnie na ich "rywalizacji" opiera się całe świętowanie. Plan dla mieszkańców na niedziele wyglądał następująco:
9.00 - 13.00 parada i świętowanie czerwonych
13.00 - 17.00 parada i świętowanie zielonych
17.00 - 19.00 doprowadzenie się do porządku
19.00 - kościółek, procesja z figurą św. Katarzyny
21.00 - fajerwerki i wypad nad morze w celach kąpielowych
Przyznajcie, że dość ciekawa kolejność - w Polsce raczej najpierw do kościoła, a potem impreza ;)
Jako, że Marco był za zielonymi, to zajechaliśmy na 13.00. Na początek cisza, ale im bliżej głównego placu miejskiego, tym większy harmider.



Wejście na plac blokowała kolumna zielonych idących w paradzie. W środku kolumny pchana była ogromna konstrukcja, pod którą szła i dawała czadu orkiestra.  




Nad placem dominował ogromny kościół, a w jego centralnej części znajdowała się ozdobna scena z miejscami dla obu orkiestr, które wieczorem miały dać wspólny koncert. Ale na razie "rządzili" zieloni, którzy "przejęli" pałeczkę po czerwonych. Wszyscy tańczyli, darli ryja, rzucali butelkami i kubkami z piwem, oblewali się wodą, włazili na barana. Najlepsza akcja była, kiedy kolumna zatrzymała się przed...siedzibą czerwonych. Zaczęły się wzajemne bluzgi, złośliwości, latały kubki, musiała wjechać policja tworząc kordon i uspakajać co bardziej krewkich. Jednak cały czas miało się wrażenie, że ci adwersarze wieczorem będą wspólnie świętować, co potwierdził Marco. 

Siedziba czerwonych

Lekkie niesnaski
Po zaopatrzeniu się w piwko weszliśmy zobaczyć siedzibę czerwonych od wewnątrz (wielkie poświęcenie ze strony Marco). Kiedy weszliśmy do głównej sali, moje klapki zostały w miejscu, a ja poszedłem dalej. Podłoga kleiła się po porannym świętowaniu czerwonych jak lep na muchy. Nikt nie sprzątał, bo po co. Przecież wieczorem znów się pobrudzi. Kiedy wyszliśmy kolumna podchodziła już pod siedzibę zielonych, która znajduje się...100 metrów vis a vis czerwonych. I wtedy zaczęło się największe balangowanie. Czegoś takiego nie widziałem wcześniej - ludzie jakby dostali szału, ale takiego pozytywnego. Każdy gramolił się komuś na barana, wszyscy zaczęli wydzierać się wniebogłosy śpiewając pieśni intonowane przez orkiestrę na cześć św. Katarzyny.








Dookoła latały butelki z piwem, ludzie polewali się wodą i wszystkim, co mieli pod ręką. Większość już była porządnie wcięta, a to nie była nawet 15.00. Odwiedziny w siedzibie zielonych również zakończyły się pozostawienie klapków w progu. Uzupełniliśmy płyny, pooglądaliśmy ozdobne płyty na ścianach ze wszystkimi dyrygentami oraz okazałe trofea i wróciliśmy na zewnątrz. Nagle w tłum wjechała makieta smutnego banana ośmieszająca czerwonych.


Po chwili, długo się nie zastanawiając, włączyłem mój aparat na nagrywanie filmu i dałem nura w sam środeczek kotłującego się tłumu:


Na koniec na balkon siedziby weszła jakaś lokalna piosenkarka i zaczęła śpiewać hymn na cześć św. Katarzyny. Wtedy to już nawet zaczęli śpiewać wszyscy gapie dookoła. Nawet ja zacząłem śpiewać, mimo że nic nie rozumiałem. Dałem się ponieść temu całemu pozytywnemu szaleństwu.



Cała impreza zaczęła wygasać przed 17. Ludzie zaczęli powoli wracać do swych domów, aby przygotować się do głównych obchodów w kościele. Sęk w tym, że połowa z nich była nieźle nawalona. Fajnie musi wyglądać część kościelna - połowa ludzi słaniających się w ławkach, ktoś wybiegający w trakcie z powodu małych nudności. Marco potwierdził, że takie przypadki to norma. Wyobraźcie sobie takie coś w Polsce :) Na wieczorne uroczystości już nie zostaliśmy, gdyż skorzystałem z zaproszenia Marco na obiad do innej miejscowości gdzie aktualnie mieszkał.

Alistair, ja i Marco
Cóż, jak widzicie odpust po maltańsku nie wygląda nawet w połowie jak w Polsce :) Maltańczyk nie ma wątpliwości - jeżeli świętować, to już na całego. Było w tym wszystkim coś naprawdę fajnego - mimo otaczającego cię pijaństwa i pandemonium cały czas miało się wrażenie, że jest to jednak święto religijne i ludzie nie bawią się żeby się nawalić, tylko żeby na prawdę uczcić swoją świętą patronkę, w tym przypadku św. Katarzynę. Ciekaw jestem tylko co by na taką formę oddawania czci powiedziała sama zainteresowana ;) Również po raz kolejny utwierdziłem się w przekonaniu, że jeżeli podróżować, to tylko na własną rękę. Bo czy biuro podróży ma w ofercie uczestnictwo w czymś takim?? :)




13.07.2014

Rowerem po Gozo

No i po 7 latach jestem z powrotem na maltańskiej wyspie Gozo. O mojej pierwszej wizycie możecie poczytać >>tutaj<<  Tym razem jednak postanowiłem zmienić środek transportu z autostopu na rower, co okazało się strzałem w dziesiątkę! Drodzy czytelnicy, po dłuższej przerwie ponownie zapraszam na małą podróż z moją skromną osobą :) (w celu lepszego odbioru tej notki odpalcie sobie mapę Gozo) 

Kiedy moi maltańscy przyjaciele usłyszeli, że mam zamiar zjeździć wyspę rowerem zaczęli pukać się w głowę. Maltańczycy nazywają Gozo "Wyspą Siedmiu Wzgórz" i nie bez przyczyny. Na mapie może się wydawać płaska jak stół, ale prostych dróg jest tam jak na lekarstwo i jeździ się tam systemem "pod górkę, z górki, pod górkę, z górki" itp. Idealnie :) o to właśnie chodziło :)

Początkowo planowałem eskapadę w pojedynkę, ale mieszkając w hostelu niczego nie zakładaj z góry. Dzień wcześniej wróciłem dość późno w doskonałym humorze po całonocnym testowaniu maltańskiego piwa, czy aby nie za mdłe, kiedy w pokoju przywitała mnie uśmiechnięta Hiszpanka (wiem jak to brzmi, ale pamiętajcie, że w hostelu wynajmuje się łóżko, a nie pokój;). Drodzy czytelnicy, poznajcie Larę. Wulkan energii z Teneryfy, który towarzyszył mi w moich eskapadach przez kilka kolejnych dni. Po kilku minutach rozmowy stwierdziłem, że Lara to taka sama podróżnicza dusza jak ja i bez zastanowienia zaproponowałem dołączenia do rowerowego wypadu, na co ona przystała z przyjemnością. Krótki sen, rano szybki prysznic i śniadanie i w drogę!

Po godzinnej jeździe busem zameldowaliśmy się na terminalu promów w Cirkewwa. Było po 9, a słońce dawało już niemiłosiernie. Bilet na prom kosztuje 4.65€ i jest ważny w dwie strony. Po ok 30 min rejsu postawiliśmy nasze stopy na wyspie. Wypożyczalnia rowerów, tak jak pamiętałem, znajduje się zaraz na lewo po wyjściu z terminala. Rower z kaskiem na cały dzień kosztował nas 10€ (update 2016 - już 15€ bo nowe rowery) i był solidną konstrukcją na każdą nawierzchnie. Ok, to jedziem! Jako pierwszy przystanek obraliśmy plaże Ramla Bay po drugiej stronie wyspy. Doskonale pamiętałem, że aby tam dojechać trzeba "wspiąć" się do miejscowości In - Nadur. Droga cały czas pod kątem 45 stopni, jakieś 11 km. Po dojechaniu/podprowadzeniu roweru do pierwszych zabudowań wyglądałem tak:

Ten maleńki stateczek w tle to potężny prom zbliżający się do terminalu.

Osiągnąwszy In - Nadur zaczęliśmy kierować się znakami na plaże. Zjechaliśmy sobie lekko z górki kilka kilosów, skończyły się zabudowania i ukazała nam się tablica "Welcome to San Bas Bay". Shitt! Pomyliliśmy drogę! Nieeeeeee! No dobra jak już tu jesteśmy to zobaczmy te plażę San Bas. Samo dojście od ostatnich zabudowań In - Nadur na plaże to ok 2 km szutru schodzącego w dół pod takim kontem, że sprowadzanie roweru ręcznie groziło wywrotką, a co dopiero zjechanie. Po kilkunastu minutach męczarni dotarliśmy na miejsce i ukazał się nam wspaniały widok - mała dziewicza plaża z czyściutkim czerwonym piaskiem i krystaliczną wodą. Plażowiczów ok 6, przy plaży mały barek. WOW! Czasami warto pomylić drogę :)

Ta dróżka w tle to jedyne dojście na plaże

No to co, hop do wody!!!! O, a co to? Meduzy! Dziesiątki! I to te parzące. Niestety trzeba było uważać w wodzie, żeby jakiejś nie dotknąć. Trochę to ograniczało swobodę kąpieli... . Kiedy tak sobie z Larą na to narzekaliśmy zagadał nas opalający się niedaleko facet z żoną. Okazał się przesympatycznym Włochem, który postanowił oczyścić plażę z meduz. Przez pół godziny łaził z żoną w wodzie, aż nie wyłowili prawie wszystkich meduz do 10 metrów w głąb morza. W końcu można było poszaleć w wodzie :)



I tu mała dygresja. W hostelu meldował mnie młody właściciel Trevor. Dwie hotelarskie dusze od razu stały się dobrymi ziomkami - zanim poszedłem do pokoju przegadaliśmy chyba godzinę. I wracamy na plażę. Po wyjściu z wody udałem się do baru po napoje chłodzące. Wracam, a tam jakiś koleś podnosi się z koca. Patrzę, a to Trevor! Nasze miny były bezcenne :)  Po ok 1,5h stwierdziliśmy, że pora ruszać dalej w drogę. Perspektywa pchania rowerów pod górę nie była zachęcająca, ale wtedy, jak wybawienie, pojawił się małym jeepem koleś, który siedzi na plaży cały dzień i za 2,5€ podwozi do In - Nadur. Bierem! Po dotarciu na miejsce pojawiło się pytanie co dalej. Przed przyjazdem na Maltę obiło mi się o oczy, że w miejscowości Marsacośtam znajduję się zatoka z pięknymi, tradycyjnymi, kolorowymi łódkami rybackimi. Patrzymy na mapę Gozo, a tam na północy leże Marsalforn. To musi być to. Jedziemy. Kolejne naście kilometrów to podjazdy pod strome serpentyny, zjazdy na łeb na szyje, cudowne widoki, zagubione w polu małe kościółki, dźwięk świerszczy, palące słońce - tego właśnie oczekiwałem od tego wypadu :) Do samej mieściny zjechaliśmy pędząc z górki prosto na zatokę, która wyglądała tak:


Hmm, a gdzie te łódki? Zaczepił nas uśmiechnięty maltański Janusz z wąsem i zaprosił nas do swoje knajpy na rybę, którą osobiście zaprezentował po wyjęciu z lodówki. Usiedliśmy przy stoliku i spytałem się kelnerki co z tymi łódkami. A ona wielkie oczy, i że pierwsze słyszy. Eeeee yyyy. Wyciągnąłem mapę całej Malty i zacząłem się śmiać sam z siebie. Takowa zatoka jest, owszem, ale nie w Marsalforn na północy Gozo, ale w Marsaxlokk na południu Malty - chyba dwie najbardziej oddalone od siebie miejscowości w całym państwie ;) No cóż, przynajmniej ryba dobra. No i tak siedzę, patrze, a tu idzie Trevor z dziewczyną. "Człowieku, przestań mnie śledzić" ;))) Zjedli, popili, można ruszać dalej. Tym razem celem Lazurowe Okno na zachodzie wyspy. 10 km pokonaliśmy w ok 100 lat, bo o płaskiej drodze mogliśmy oczywiście pomarzyć. Ja już od słońca wyglądałem mniej więcej tak. Po drodze minęliśmy pomnik Jezusa a la Rio i ruiny starożytnego akweduktu. 



Dojechaliśmy do San Lawrenz. Teraz pozostało tylko zjechać kilka km na łeb na szyję w dół do Lazurowego Okna. Powiedziałem do Lary, że z powrotem nie ma bata, łapiemy jakąś okazję, bo ponowny podjazd może nas już przywołać o atak serca. Kiedy dotarliśmy na miejsce od razu zapomnieliśmy o zmęczeniu, bo czyż znajdując się w takim miejscu chce się komuś myśleć, o czymś tak błahym?:



Kiedy tak byliśmy pod Oknem usłyszałem polską mowę. Jakieś dziewczę namawiało Polaków na nurkowanie. Towarzyszył jej dziarski na oko 40 - latek, który również namawiał rodaków po angielsku na zejście pod wodę. Kiedy zauważył, że się przysłuchuje od razu wypalił:
 - Też chcesz ponurkować?
I tak poznałem Mike`a i jego polską asystentkę Majkę. Za możliwość nurkowania z Larą podziękowaliśmy, ale od słowa do słowa wyszło, że przyjechaliśmy rowerami i szukamy podwózki pod górę. Mike bez zastanowienia:
 - Jadę właśnie do Rabatu po sprzęt. Mogę was podrzucić z rowerami.
Królu złoty!!! Jedziemy! Podczas jazdy doszło miedzy naszą czwórkom do rozmowy, której skutkiem było zrobienie przez mnie dwa dni później jednej z najbardziej szalonych rzeczy w moim życiu. Ale o tym już napiszę w osobnej notce :)

Mike wyrzucił nas w środku "stolicy" Gozo - Il Rabat. Nad miastem, jak i nad całą wyspą, góruje potężna cytadela, którą oczywiście wybraliśmy się zobaczyć. Rozciąga się z niej niesamowity widok na wyspę. 



Mała przerwa na lody dla ochłody, coś do picia i pora było udać się na prom. To była najprzyjemniejsza część trasy - 6 km cały czas z górki. Zajechaliśmy, oddaliśmy rowery, wchodzimy na terminal, a tam...pusto. Okazało się, że źle spojrzałem w rozkład. Prom jest za 20 min, owszem, ale z Malty na Gozo. Następny na Maltę za 1,5h. Wybuchnęliśmy z Larą śmiechem i stwierdziliśmy, że w tej sytuacji możemy zrobić tylko jedno. Poszliśmy napić się piwa :)


Pa pa Gozo


I tak zakończyła się nasza wyprawa rowerowa na Gozo. Zrobiliśmy ok 35 km po górach dolinach w potwornym upale. Pomyliliśmy drogi i miejscowości, leżeliśmy na cudownej plaży, widzieliśmy piękne miejsca i krajobrazy. Poznaliśmy Mike`a i Majkę. W hostelu byliśmy z powrotem grubo po 22. Zmęczeni, nie czujący nóg, zjarani słońcem do niemożliwości. Ale z ogromnym bananem na gębach, poczuciem zajebiście spędzonego dnia. Myślicie, że wzięliśmy prysznic i poszliśmy skonani spać? Po godzinie szaleliśmy już na parkiecie do 4 rano. I własnie na tym polega magia podróżowania :)

San Blas Bay

Lara :)